Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Wrzask w przestrzeni - Piotr Sarzyński o pięknie i brzydocie przestrzeni publicznej Wrzask w przestrzeni - Piotr Sarzyński o pięknie i brzydocie przestrzeni publicznej Wrzask w przestrzeni - Piotr Sarzyński o pięknie i brzydocie przestrzeni publicznej

21.02.2012
wtorek

Donald Tusk obiecuje piękne miasta!

21 lutego 2012, wtorek,

Nie, to nie żart, nie ironia i nie tania metafora. To fakt!
Otóż 13 grudnia (niezła symbolicznie data na zaprowadzanie jakichkolwiek porządków!) 2011 r. Rada Ministrów podjęła uchwałę w sprawie przyjęcia Koncepcji Przestrzennego Zagospodarowania Kraju 2030. Cóż to oznacza? Że wyraziła wolę realizowania w przyszłości założeń, które w tym dokumencie się znalazły. Tak, tak, wiem, że od słów do czynów droga jeszcze daleka, że piekło dobrymi chęciami wybrukowano itd. Ale już na cud zakrawa sam fakt, że Rada Ministrów, tak bardzo zajęta kryzysem, konfliktem z lekarzami i wyplątywaniem się z ACTA, zajęła się tą sprawą. Przyjrzyjmy się zatem owej koncepcji nieco bliżej.
Na początku jest diagnoza: „W Polsce występuje powszechne odczucie braku ładu przestrzennego”. Gdybym był złośliwy, skomentowałbym: coś podobnego?! A to się władza obudziła. Później idą diagnozy szczegółowe. A to o postępującej fragmentyzacji i degradacji krajobrazu kulturowego. A to o suburbanizacji miast. A to o chaosie w formach zabudowy. Wskazane palcem zostały liczne patologie, jak np. mnożące się osiedla zamknięte, brak odpowiednich rozwiązań prawnych, interesy grupowe, które decydują o kształcie gospodarki przestrzennej, a nijak się mają do interesu publicznego. Wszystko słuszne i prawdziwe.

Ale wniosek już zadziwia. Ba, mało tego, czyta się go z osłupieniem. Uwaga, to autentyczny cytat: „Brak ładu i niska jakość zagospodarowania przestrzennego sprawiają, że polskie miasta nie są atrakcyjne dla inwestorów zagranicznych”! A o nas, obywatelach tego kraju, to kto pomyśli? Kto się wzruszy faktem, że przede wszystkim to my musimy patrzeć na to dziadostwo i że cierpią głównie nasze, Polaków oczy?!? Nikt! Władza troszczy się o samopoczucie zagranicznych inwestorów! Prawdziwe kuriozum .
Jest jeszcze jeden fragment dokumentu, który budzi mój sprzeciw: „Niski poziom świadomości społecznej objawia się brakiem zainteresowania problemami gospodarki przestrzennej, skutkuje jej niską rangą społeczną” . No, to przesada. Wkurzonych na ów stan (a więc świadomych) są całe rzesze. A przestrzenią publiczną nie interesują się przede wszystkim ci, którzy decydują o jej kształcie: deweloperzy i inwestorzy, niekompetentni lub sprzedajni urzędnicy, władze różnych szczebli, których nie stać na mądre prawo. Zwalanie wszystkiego na społeczeństwo jest kompletnym nieporozumieniem!!!
Poza tymi dziwacznymi fragmentami, dokument na szczęście nastraja optymistycznie. Cele jakie w nim postawiono są słuszne i rzeczywiście mają szansę poprawić jakość przestrzeni publicznej w kraju. Tyle, że teraz trzeba wszystkie te zapisy wprowadzić w życie. I to jak najszybciej, bo chaos, który nas otacza, przyrasta niewiarygodnie. Niestety, w tym momencie mój entuzjazm nieco stygnie. Bo w Polsce od mądrych słów do mądrych czynów droga z reguły jest dalekaaaaa.

…a jak się nie pospieszymy z tymi porządkami, to w końcu deweloperzy upchną nas w takich pionowych fawelach, jak ten w Sao Paulo.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 10

Dodaj komentarz »
  1. Witam,
    z zainteresowaniem przeczytałem Pańską książkę i w pełni popieram inicjatywę. chciałem natomiast zwrócić uwagę na temat bardziej „przyziemny” (dosłownie i przenośni) który w książce nie jest wyeksponowany choć to właśnie on drażni i „kłuje” mnie w oczy najbardziej. chodzi mi mianowicie o chodniki w naszych polskich miastach a w zasadzie ich BRAK ! przez kilka lat mieszkałem za granicą i po powrocie do kraju to właśnie brak chodników (bardziej niż wszędobylskie reklamy, budki etc) uderzył mnie najbardziej. to tutaj jest właśnie zadanie dla lokalnych władz ale też dla nas obywateli. sprawa wydawałaby się prosta – budujemy nowe osiedle czy remontujemy drogę – robimy przy okazji chodnik, ale okazuje się że to nie jest takie oczywiste. zupełnie nie rozumiem z czego to wynika, czy to jest wina złego prawa które pozwala na totalny chaos (w Hiszpanii np deweloper ma obowiązek wybudowania chodników i dróg dojazdowych nie wspominając już że musi zadbać żeby w odpowiedniej odległości od inwestycji znalazło się przedszkole, szkoła itd ale to temat na inną dyskuję). czy może jednak jest w nas przyzwolenie na taki stan rzeczy, mieszkamy w ogrodzonych drogich osiedlach ale brodzimy po kostki w błocie i jakoś to nie przeszkadza! mieszkam na osiedlu gdzie przebiega granica 2ch różnych gmin i powiatów – proszę sobie wyobrazić że w zeszłym roku był budowany chodnik ale tylko do granicy jednej z nich, potem błoto! kto odpowiada za taki stan rzeczy?! czy 2 jednostki samorządowe nie mogą się porozumieć i zrobić coś porządnie?! a może to my mieszkańcy powinniśmy stanowczo reagować. mam nadzieję że nie tylko mi przeszkadza taki stan rzeczy.
    Trzymam kciuki za całą akcję.
    PZDR

  2. Racja. Mieszkam pod Warszawą i obserwuję dokładnie to samo. 200 metrów od mojego domu jest granica dwóch gmin. Jedna podprowadziła do końca swych włości piękny chodnik, który tuż przy tabliczce z nazwą gminy gwałtownie się urywa i zamienia w pełne błota klepisko.

  3. Koncepcja 2030 to nie jest zbyt „świeży” towar. Niektóre fragmenty pochodzą sprzed lat, a o roli miast w duchu Karty Lipskiej nie mówi się wcale ( choć na jednej stronie wspomniano o takim dokumencie)
    Praktyk i mistrz rewitalizacji miast niemieckich dr Andrzej Billert wiele lat próbował swe idee wcielać w życie w Poznaniu, aby zapanował tu ład urbanistyczny i jakaś logika w inwestycjach miejskich. Poległ pod prezydentem Grobelnym (to też pan prezes Związku Miast Polskich, ostatnio znany z walki o wzmocnienie roli prezydentów miast i łączenia tych funkcji z funkcją senatora). Słabe prawo, praktyka wydawania wz pod „sąsiedztwo” oraz robienie planów mpzp (sterowania nimi) pod konkretnego dewelopera niweczy na całe pokolenia ten wysiłek. I ten styl rządzenia trzyma się mocno. Zrodziły się społeczne ruchy miejskie ( np. stowarzyszenie My-Poznaniacy), które walczą z władzami samorządowymi i starają się aktywnie o powszechne wprowadzenie w życie Karty Lipskiej, o prawo mieszkańców do ich miasta i do kształtowania swej przestrzeni życiowej, jak to się robi w wielu miastach europejskich. To trudna i długa droga, bo choćby wspomniane oficjalne dokumenty rządowe Polska 2030 niewiele wnoszą, a wręcz utrwalają obecny porządek (nieporządek) rzeczy. Oportunizm jest też po stronie wielu urbanistów i architektów, tych jeszcze od planowania centralnego, którzy gremialnie występują w różnych komitetach, grupach doradczych przy władzach i zamrażają status quo, nie wprowadzając świeżości w myśleniu o przyszłości naszych miast. Jak jeden z wielce szanownych i nobliwych profesorów z Poznania, który, komentując wykład Billerta (z X. 2011) w siedzibie poznańskiego oddziału SARP nt. postindustrialnych miast niemieckich, które udało się zrewitalizować w zgodzie z jego mieszkańcami powiedział, że jest to jeden z wielu modeli, być może nawet inspirujący, ale nie do zrealizowania u nas! No comments! Na szczęście, młodym studentom architektury wykład mistrza bardzo się spodobał (byłem tam, więc nie bujam).
    „Polityka”, jako bardzo opiniotwórczy tygodnik, powinna częściej o tych sprawach pisać. Warto, aby pan Billert z jego poglądami zaistniał na waszych łamach.

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. Cóż, jeżeli nawet koncepcje nie są świeże, to sam fakt zajęcia się nimi na Radzie Ministrów jest czymś nowym. Nie wiem, czy coś z tego wyniknie, ale to i tak kroczek do przodu: do niedawna nawet i na to nie można było liczyć u władzy zajętej jedynie rozgrywkami o stołki.

  6. Witam,
    jestem pod wielkim wrażeniem Pana książki, a bardzo liczę na dyskusję w naszym kraju, jaką powinna ona wywołać. Optymistyczny fakt zajęcia się tematem przez rząd nazwał Pan „cudem”, i chyba słusznie.
    Mnie uderzyło jedno: o tym cudzie nikt nie wie! Wydawałoby się, że CUD powinien znaleźć się natychmiast na czołówkach gazet codziennych i na pierwszych miejscach serwisów radiowych i telewizyjnych. Przecież to CUD! A proponuję przejrzeć grudniowe gazety i spróbować znaleźć jakąś wzmiankę…
    Dlaczego dziennikarze uznali temat za mniej istotny niż bieżące awantury o ACTA, leki czy o ocenę stanu wojennego? Wygląda na to że władza, nawet zajęta rozgrywkami o stołki, jest i tak o krok do przodu wobec społeczeństwa, zajętego swymi przepychankami.
    Dużo jeszcze u nas potrzeba do osiągnięcia „masy krytycznej”, ale najwięcej do zrobienia będą miały środowiska opiniotwórcze – także dziennikarze.

  7. Święta racja. Mnie też uderzyła kompletna nieobecność tego tematu (choćby zdawkowa) w mediach. Rozumiem, nie wydaje się to sprawa spektakularna. A życie w tym estetycznym kociokwiku, chaosie, brudzie nie jest spektakularne?!?!

  8. Panie Piotrze.

    Cieszę się, że temat ładu w otaczającej nas przestrzeni został nie tyle podjęty, co wywołuje oddźwięk społeczny. Co prawda, nie popadam w skrajny optymizm, gdyż zakładam, że komentarze i inicjatywy płyną raczej ze strony ludzi w jakiś sposób ( czy to przez własną pasję, czy przez wykonywany zawód ) „estetycznie uświadomionych”. W tym momencie proszę mi wybaczyć to określenie, które może w jakiś sposób być ambiwalentne, a tym samym, zupełnie niezamierzenie, ranić. Spieszę zatem z wyjaśnieniem tego, co na myśli mam, i dla czego swój optymizm pohamowuję.
    Od dłuższego czasu okopuje się i umacnia swoje pozycje w moim umyśle przekonanie, że nieład w naszej przestrzeni płynie z braku właściwej edukacji estetycznej w naszym kraju. Nie roztrząsam przy tym szczegółowych założeń programowych, które mogłyby ten stan uleczyć, bo to do głów mądrzejszych od mojej należeć powinno. Ograniczam się raczej do patrzenia i myślenia. Ot, taki zespół odchyleń, w wyniku którego raz po raz coś mi wychodzi lub nie.
    Tu wychodzi mi, że brak kompetencji developerów, inwestorów, urzędników i pozostałych, którzy wpływają na ład przestrzenny naszego otoczenia, płynie z zasadniczych braków w zakresie wiedzy i wrażliwości estetycznej. Tragedią jest to, że w ich przypadku niewiele można zrobić na „już” i „teraz”. To znaczy, pewnie i można, ale wymagałoby to dużego nakładu finansowego ze strony Państwa (tu optymizm siedzi głęboko w czarnej… grocie, do której żaden promyk nadziei nie dotrze) oraz dużego nakładu dobrej i nie przymuszonej woli ze strony wyżej wymienionych (zastanawiające, że tu też odczuwam niedobór optymizmu). Pal licho, gdyby ich tragedia była tylko ich problemem (który w dodatku pozostaje absolutnie nie uświadomionym). Niestety, dla osobników objętych tym dziejowym doświadczeniem, skoncentrowanych na skrawku globu w okolicy środka Europy, należą oni do grupy kontrolnej klasyfikowalnej jako „pokrzywdzeni pierwotnie”. Przez ich decyzje pandemia rozprzestrzenia się, w ramach granic tego doświadczenia, wytyczonych przez parę rzek, morze, góry, las oraz polityczne abstrakcje, na drugą grupę kontrolną – resztę społeczeństwa, nadając jej status „pokrzywdzonych wtórnie”. Całości tego szaleństwa dopełnia rzeczywistość demokracji i rynku, która pozwala „pokrzywdzonym wtórnie” zajmować pozycje przypisane „pokrzywdzonym pierwotnie” i pomnażać zajęte chorobą bezguścia spaczenia.
    I znowu proszę o wybaczenie. To powyżej, to tylko moja diagnoza płynąca z osobistych refleksji. Wyrażona może zbyt głośno, zbyt drapieżnie i przez to pewnie zaboli. Ale może i dobrze, bo gdy odczujemy ból, to dociera do nas, że jest problem i że jak go nie uleczymy, to będzie jeszcze bardziej boleć.
    Teraz wyobraźmy sobie taką sytuację: nasze dzieci chodzą do przedszkoli, szkół w budynkach nadążających za współczesną im technologią, zaprojektowanych z poszanowaniem wiedzy i doświadczenia mądrych, dawnych i bardziej współczesnych myślicieli, twórców teorii ładu, kompozycji, estetyki. W przybytkach edukacji zdobywają wiedzę o stylach, trendach, historii. Ta wiedza traktowana jest na równi z tą życiowo uzasadnioną. Ba, jest jej integralną częścią. Po zajęciach wracają do domów, nie ważne, bogatych czy biednych. Ale schludnych, zadbanych, czystych. Do domów, w których jest czas na bycie razem, na przeczytanie książki, na posłuchanie muzyki, na rozmowę językiem czystym o tym, co oprócz pieniądza jeszcze istnieje, czasem poza materią. Wyobraźmy sobie rodziców tych dzieci: wychodzących co rano do pracy ze swoich prostych, zrobionych na miarę możliwości domów i mieszkań. Jadących w czystych tramwajach, pociągach, autobusach. Lub we własnych samochodach dopasowanych wielkością, klasą, ceną do możliwości portfela. Wszystko otacza porządek. Nie bezkompromisowy. Wystarczy taki z ludzką twarzą, w którym jest miejsce na kulturalną ekspresję, na ubogość i prostotę, na szczerość biedy, na przypadek wypadku, na wyższość siły wpisanej w charakter otaczającej nas natury. Porządek, który samym swoim istnieniem łagodzi język, leczy ze stresu, uwalnia uśmiech i życzliwość wobec innych ludzi.
    Utopia. Pewnie tak. A może? A gdyby sen, który może się spełnić? Nie teraz, nie zaraz. Nie musi wpisywać się w pęd naszej codzienności. Ale może realnie się stać. Zacząć w przedszkolu, szkole, w czystym pokoju, mieszkaniu, otwartych oczach i umyśle. W estetycznym uświadomieniu.

  9. Panie Jacku. Jestem wdzięczny za tak osobisty i rozbudowany wpis. Moim zdaniem za ów stan rzeczy odpowiada wiele czynników ściśle ze sobą powiązanych, ale rzeczywiście – poziom edukacji estetycznej gra w tej układance rolę pierwszorzędną. W efekcie mamy do czynienia ze „spiralą w dół” – jedna szpetota napędza drugą i utrwala obrzydliwe status quo. Czy może być lepiej? Przyznam, że największą nadzieję pokładam w rodzącym się ruchu obywatelskim młodego pokolenia – oni na prawdę myślą już inaczej i – co najważniejsze – często mają chęć , by działać. Ale też uważam, że mądrym prawem na prawdę sporo da się zrobić – a jest ono tym bardziej potrzebne, im większa ślepota tych, od których wiele zależy. Bo będzie biczem. I o to prawo powinniśmy walczyć.

  10. Panie Piotrze.

    I ja pozwolę sobie podziękować za to, że znalazł Pan chwilę, by pochylić się nad moimi wynurzeniami. Przepraszam za przydługość, ale czasem, jak się z człowieka wylewać zacznie…
    Wiem, że blog to może nie najszczęśliwsze miejsce na dłuższą dyskusję, bo jest jeszcze wiele innych obowiązków, no i można wybić twórcę z rodzących się i ze wszech miar oczekiwanych przemyśleń a’propos nowego tematu. Jednak Pańskie krótkie słowa poruszyły temat ślepoty decydentów i tu, niestety, pewna refleksja mnie naszła. Z pewnego doświadczenia w przedmiotowej materii konstatuję, iż ślepota wyostrza pozostałe zmysły. W przypadku ślepoty decydentów obserwuję jednak jednoczesny zanik zmysłu słuchu i smaku, niejakie wyostrzenie zmysłu dotyku, ale nade wszystko objawienie się zmysłu nowego – zmysłu interpretacji. Istotną cechą tego zmysłu jest to, iż objawy jego funkcjonowania pojawiają się automatycznie w momencie przyjęcia przez jakiegokolwiek osobnika pozycji decydenckiej w otaczającym go środowisku. Drugą jego cechą, nie do końca jeszcze przeze mnie potwierdzoną, jest jego przypisanie lingwistyczno-kulturowo-geograficzno-legislacyjne. Otóż zdaje się, iż zmysł ten przypisany jest stricte osobnikom posługującym się językiem polskim, poruszającym się w kręgu kultury, przestrzeni oraz prawa polskiego. Potwierdzają to doświadczenia, w których osobniki obcego pochodzenia językowego lub kulturowego, w wyniku kontaktu z polską rzeczywistością prawną, wprowadzone w nią przez osobniki kręgu polskiego, szybko ów zmysł w sobie wyrabiają.
    Najważniejszym pozostaje pytanie: Po co taki zmysł? Tego, niestety, nie wiem. Wiem natomiast, iż pozwala on swobodnie kluczyć w meandrach przepisów i reguł ustalanych dla zachowania porządku. Im szczelniejsze reguły, tym ostrzejszy zmysł. Chciałbym wierzyć (ba, nawet pamiętam, że taką wiarę posiadam, tylko nie pamiętam gdzie i ile), że nasze prawo będzie kiedyś dobre. Wystarczająco dobre, by zmysł interpretacji przestał być przydatny i, zgodnie z powszechnie znaną maksymą, nieużywany-zaniknął. Jednak póki co, odnosząc się już całkowicie do tematu ładu przestrzennego i stanowiącego go prawa, jest tak, że począwszy od urzędnika (niestety i nie wiedzieć czemu), poprzez inwestora (niestety, choć tu powód jest jasny) na projektancie skończywszy (niestety i wstyd, i żal), wszyscy próbują przepisy interpretować. Towarzyszy temu głębokie przekonanie o słuszności swojej postawy i o czynieniu w ten sposób świata świetniejszym a prawa prawszym. A głębokie przekonanie jest jak afrodyzjak: odbiera wzrok i rozdwaja osobowość. Tylko potem, gdy minie odurzenie i upojenie, naga prawda bije w pysk. I jest wstyd, bo wychodzi, że uprawiało się miłość z 800-set metrowym Gargamelem na zielonej łączce, w otulinie parku krajobrazowego, zbyt blisko okien przerażonego sąsiada. I tylko najodporniejsze osobniki wychodzą z traumy z podniesionym czołem tłumacząc sobie: „Ale to ja rzuciłem go pierwszy!”
    P.S. Przepraszam i już nie przeszkadzam.

  11. To świetnie,że Rada Ministrów przyjęła Koncepcję Zagospodarowania Przestrzennego kraju (pomimo jej niektórych kontrowersyjnych zapisów); najważniejsze że jest niej także cel „Przywrócić i utrwalić ład przestrzenny”. Tymczasem w ministerstwie odpowiedzialnym za mieszkalnictwo, budownictwo i planowanie przestrzenne planowany jest kodeks budowlany, który wbrew swej nazwie ma także zawierać powszechnie obowiązujące przepisy urbanistyczne o lokalizacji nowej zabudowy, a ta sfera była jak dotąd domeną ustaw dotyczących przestrzeni oraz kompetencji ustrojowych gmin… kilkutnie nieudolne resortowe próby poprawienia ustawy o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym, w tym zastopowania postępującego chaosu generowanego przez powszechność decyzji o warunkach zabudowy dają wiele do myślenia. Od prawie trzech lat ignorowany jest fachowy projekt „Polskiej Polityki Architektonicznej – polityki jakości krajobrazu, przestrzeni publicznej i architektury”. Bez echa pozostała „Karta przestrzeni publicznej” przyjęta we wrześniu 2009 roku przez III. Kongres Urbanistyki Polskiej… Budowanie na podstawie – europejskich w swej genezie – zasad Karty Nowej Urbanistyki, jest – pomimo kryzysu na rynku nieruchomości – remedium na spadek wartości domów… w Stanach Zjednoczonych. Ale może większości Polaków nie interesuje, podziwiane tylko podczas podróży zagranicznych, piękno chronionych przed rozlewającą się zabudową krajobrazów, zwartość miast i wyrazistość ich przestrzeni publicznych, jakość otoczenia domów, szerzej rozumiana wygoda zamieszkiwania, a tylko łatwość i tempo budowania i nie przeszkadza im „mieszkanie na własnych śmieciach”? Taki sposób myślenia najwyraźniej popierają niektórzy bardzo wysocy, odpowiedzialni za mieszkalnictwo urzędnicy, o czym mogliśmy niedawno przeczytać np. w Muratorze. A przecież politycy dobrze wyczuwają społeczne preferencje i zwykle właściwie na nie reagują… nadal więc będzie tak jak jest, a KPZK z jej zapisami o ładzie przestrzennym pozostanie na papierze – nie zauważyły jej nawet media…

Dodaj komentarz

Pola oznaczone gwiazdką * są wymagane.

*

 
css.php