Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Wrzask w przestrzeni - Piotr Sarzyński o pięknie i brzydocie przestrzeni publicznej Wrzask w przestrzeni - Piotr Sarzyński o pięknie i brzydocie przestrzeni publicznej Wrzask w przestrzeni - Piotr Sarzyński o pięknie i brzydocie przestrzeni publicznej

1.04.2012
niedziela

Rzeczy najbrzydsze – odcinek IV

1 kwietnia 2012, niedziela,

 

Pora kończyć ten serial estetycznych nieszczęść w publicznej przestrzeni naszej ojczyzny. Tym razem wypunktuję największe maszkary (subiektywnie!) tzw. małej i średniej architektury oraz przestrzennych detali. Otóż najbardziej kłują mnie w oczy następujące rzeczy:

1. Balkony. Zawsze z podziwem przyglądam się balkonom na austriackiej czy szwajcarskiej prowincji. Mocno ocierają się wprawdzie o kicz, ale muszą imponować – starannością aranżacji, przemyślanymi balustradami, a przede wszystkim szalonymi kwiatowymi kompozycjami. W Polsce balkony praktycznie nigdy nie pełniły funkcji świadomej estetycznej manifestacji ich gospodarza. U nas balkony były natomiast: najczęściej magazynem, palarnią i pijalnią piwa, lodówką (zimą), suszarnią, kącikiem zabaw, namiastką ogródka działkowego (dwa plastikowe krzesełka + mini stoliczek). W latach 50-ych i 60-ych XX wieku nierzadkie były też przypadki chowu na balkonach kurcząt, królików, a nawet świń, przez przenoszonych do nowych bloków niedawnych chłopów, a teraz już robotników. W przypadku loggi  często zamieniały się w dodatkową przestrzeń mieszkalną. Już to wszystko wywoływało pewien niepokój estetyczny dodatkowo wzmacniany przez samorodne próby dekoracji –  plastikowe zastawki, różne kolory farb pokrywających elementy metalowe, korzenioplastykę itd. Niepowtarzalną demonstrację owego bogactwa podziwiać można najlepiej na zdjęciach Nicolasa Grospierre’a. Niezrównanym dopełnieniem estetycznym do balkonów na starych polskich blokowiskach są sąsiadujące z nimi ciągi garaży – wręcz książkowy przykład marnotrawstwa terenu i niechlujstwa.

2. Przydrożna gastronomia. W początkach III R.P drażniła swym natręctwem i biedą – ustawiane co krok grille z tym samym wszędzie menu: kiełbaski, kaszanka, udko z kurczaka z musztardą lub ketchupem. Dymiły na chwałę kapitalizmu. Później były prymitywne budki blaszane, dawne domki i stare przyczepy campingowe, jeszcze później – seryjnie produkowane drewniane domku działkowe. Dziś kapitalizm okrzepł. Słabsi wypadli z rynku, silniejsi obrośli w piórka. A właściwie w karczmy oraz w gospody, oberże, zajazdy, gościńce. Dużo rzadziej – w austerie, oberże czy tawerny, nigdy – w szynki czy posady. Otóż w karczmy z całą ich oszukańczą scenografią i sztafażem – starymi kołami od wozu, wypchanymi ptakami, wszechobecnymi drewnianymi dekoracjami, kelnerkami w łowickich lub góralskich strojach (region się nie liczy, ważny efekt wizualny), spadzistymi dachami i nachalnym komunikatem, że oto czeka nas wewnątrz niezwykłe spotkanie z historią (wiejsko-szlachecką) i z najlepszym tradycyjnym jadłem. Jak niegdyś cała Polska stawiała jednorodzinne domy według jednego wzoru „kostki” tak dziś cała przydrożna gastronomia czerpie z jednego tylko źródła natchnienia – przesiąkniętego kiczem dawnej Cepelii. Nie powiem, zdarza się tam wyśmienite jedzenie. Ale owczy pęd i przekonanie, że ciemny lud kupi tę bajkę o „przesiąknięciu miejsca tradycją” są irytujące i dla mnie nie do przyjęcia. I choć estetycznie dużo lepsze to niż owe grille sprzed dwóch dekad, to na pewno dużo bardziej podszyte fałszem.fot. Marian Pudełko

A skoro już przy drogach jesteśmy, to zapewne osobne komentarze należałyby się innym towarzyszącym im elementom: przydrożnym krzyżom, podziemnym przejściom dla pieszych, ekranom akustycznym (ich rozrost w przestrzeni publicznej miast wręcz poraża), chodnikom (maksymalnie zdewastowanym lub – wręcz przeciwnie – ponad miarę wypasionym za pieniądze UE, ale jakoś dziwnie nieużywanym) czy znakom drogowym (szczególnie na drogach gminnych).

3.  Przemysł turystyczny. To dość pojemne hasło. Jego najbardziej rzucającymi się w oczy elementami, tworzącymi wspólnie niezwykły wprost estetyczny wrzask w przestrzeni są:

a. Tzw. punkty handlowe czyli budki i stragany z pamiątkami. Szybsze krążenie krwi wywołuje zarówno ich architektura jak i usytuowanie, o zawartości nie wspominając.fot. Doko/Wikimedia Commons

b. Cały system informacji – natarczywych i chaotycznie rozmieszczanych szyldów, tablic, reklam zachęcających do skorzystania z tej a nie innej knajpy lub motelu czy pokoi gościnnych.

c. Brak sensownej organizacji obsługi turystów (komunikacja, parkingi, informacje) co czyni sytuację do końca nieznośną.

Rzecz jasna ów kociokwik ujawnia się w miejscach najczęściej uczęszczanych przez turystów, a zatem – z przestrzennego punktu widzenia – najbardziej atrakcyjnych (curiosa przyrody, zamki, pałace, zespoły staromiejskie).

No i nieustannie czekam na Państwa zgłoszenia. Może uzbiera się z nich materiał na odcinek V?

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 12

Dodaj komentarz »
  1. Wykorzystywanie balkonów jako składów i składzików róznych dziwnych rzeczy jest niestety w dużej mierze konsekwencją małych metraży mieszkań i braku pomieszczeń gospodarczych. To jedna sprawa. Druga rzecz, to wydaje mi się, że nie jesteśmy nacją specjalnie lubującą się w kwiatach. Generalnie Polacy mają pewien problem z aranżacją zieleni wokół siebie. Często jeżdżę do Doliny Mozeli i podziwiam z jaką lubością ludzie tam sadzą i pielęgnują kwiaty – i jakie wspaniałe rezultaty mają. Fantastyczne aranżacje kwiatowe widziałam również w Yorku. Wspaniale wpisywały się w atmosferę i pejzaż miasta. Ale żeby nie było, że to kraje bogate i nas na to nie stać, to podaję przykład Rumunii – standard życia niewątpliwie niższy niż u nas, ale ludzie lubią kwiaty i widać że mają dryg do ich komponowania. W rezultacie przydomowe ogródki na wsiach Bukowiny zachwycaja feerią barw. Wygląda to ślicznie. Pełno kwiatów, często gatunków u nas wyrugowanych przez wszędobylskie iglaki, które ukochali rodacy. Mam wrażenie, że w Polsce obowiązującym ostatnio standardem wypasionego ogródka jest trawnik połączony z czymś w rodzaju klepiska wyłożonego kostką Bauma (albo jakąs lepszą w wersji bardziej luksusowej) na grilla i szpalerkiem iglaków.
    To będzie mój wkład do listy – przydomowe ogródki.
    Pozdrawiam 🙂

  2. po kiego grzyba to wypunktowywać jak cała polska obrzydliwie wygląda

  3. Do oczopląsu doprowadza przejazd przez kolejne niewielkie miejscowości – ludzie ubarwiają swoje życie kolorowymi tynkami. Co chałupina (pięknie odnowiona albo i nowiutka) to bardziej zjadliwe zielenie albo róż cukierkowy, róż gaciowy albo i błękity, że niech się oczęta Marysi schowają. Czy daltonizm jest powszechną przypadłością? Mnie to doprowadza do szewskiej pasji, a na co dzień jestem spokojną niewiastą.

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. Zgadzam się z panem w stu procentach! Aż sam się zdziwiłem, gdy uświadomiłem jak przestrzeń w Polsce jest zaśmiecona…

    A fragment: „przydrożnym krzyżom, podziemnym przejściom dla pieszych, ekranom akustycznym (…), chodnikom (…) czy znakom drogowym…” zasługuje na rozwinięcie w następnych postach.

    Życzę wytrwałości w znajdywaniu podobnych codziennych koszmarków!

  6. Co do balkonów to ja się zgadzam z Austriakiem Hundertwasserem i jego teorią, że mieszkaniec bloku ma „prawa dostępu do trzeciej warstwy skóry”, czyli może m.in. zmieniać elewację budynku wokół okna na wyciągnięcie ręki – http://pl.wikipedia.org/wiki/Friedensreich_Hundertwasser. Jedyny problem, że architektura mu się być też do tego przystosowana.

  7. Balkon i bałagan mają ten sam źródłosłów. Balkon był składzikiem na tyłach domu (w starożytnej Persji).

  8. Dodatkowym powodem do mojego zdziwienia jest fundowanie sobie balkonów w domach stawianych po wsiach. (nie przechodzi mi przez gardło w takich przypadkach „domki wiejskie”. Zawsze zastanawia mnie – kto i w jakich okolicznościach z nich korzysta? Chyba, że chodzi o miejsce do wietrzenia pościeli, jeśli sypialnia jest na piętrze.
    W ogóle, stawianie „piętrówek” na wsi też jest jakimś nieporozumieniem. Pamiętam wywiad z zamożnym łódzkim ogrodnikiem , którego „dworek” swego czasu trochę zamieszał w środowisku przyzwyczajonym do tzw. kostki. Otóż stwierdził on, że na pytania rodziny dlaczego nie zbuduje sobie „zgrabnej piętróweczki” odpowiadał, że nie chce, by jego żona musiała przez cały dzień biegać po schodach. I to rozumiem! Zaimponowało mi takie rozsądne własne zdanie.
    Co do wspomnianego „dworku”, to trudno nawet ocenić jego wygląd, bo jest położony z dala od drogi, a posesja otoczona jest szczelnym, wysokim żywopłotem. Nawet gdyby był brzydki, to nie kłuje to nikogo w oczy.

  9. Mari
    źródłosłów wyrazu bałagan jest natomiast jakucki. Bałagan oznaczał po prostu dom. Nie wnikam, co było we wnętrzu…

  10. Drobna przedsiębiorczość. Chwalebnym jest, że ludzie chcą rozwijać różnego rodzaju manufaktury, punkty gastronomiczne itd. ale zazwyczaj te małe punkty potrafią zrobić mnóstwo bałaganu w przestrzeni poczynając od pań wszywających suwaki, które rozwieszają karteczki z ogłoszeniem na wszystkim co się da, skończywszy na warsztatach rzemieślników w jakiś podwórkach na których piętrzą się graty, stare meble i samochody.
    Straszne jest też dziedzictwo II Wojny Światowej w postaci różnorodnych działań domorosłych zmierzających do „odbudowania tkanki miejskiej w swoim własnym stylu”. Z takiego poczucia misji rodzą się pseudo-secesyjne kamienice przyozdobione mosiężnymi kiczami, okna PCV z okleiną udającą dąb. Niestety takie skłonności mają też włodarze miast. Wystarczy spojrzeć na odbudowę Starówki w Elblągu.

  11. Obrzydliwość „dworków” nowobogackich poraża;)

  12. Miło, że Gospodarz zauważył akademicki wkład w rozwój architektury. Przy okazji – pracując w bezpośrednim sąsiedztwie gmachu BUW od początku jego oddania do użytku zaobserwowałam, jak bardzo „pociągnął” on całe otoczenie. Z zapyziałego przez długi czas Powiśla zrobiła się całkiem fajna dzielnica (no i niestety całkiem droga…). To naprawdę obecnie wygląda zupełnie inaczej niż 10 lat temu. Powstały ładne i starannie wykończone osiedla, sporo fajnych miejsc kulturalno – gastronomicznych. Swoje zrobiła także bliskość mostu i otwarcie Centrum Kopernika. Ale to wszystko zapoczątkował BUW.
    Zwracam uwagę na powstający vis a vis BUW-u gmach lingwistyki. Ciekawa jestem czy utrzyma poziom – na razie jeszcze za mało widać żeby można było ocenić.
    PS. Nie wiem tylko dlaczego akurat od akademików Gospodarz oczekuje rewolucyjnych pomysłów. Wszak styl akademicki w sztuce to synonim konserwatyzmu i zachowawczości 😉
    Pozdrawiam.

  13. Akademizm – tak, ale w XIX wieku. Dla mnie uczelnie (myślę nazbyt optymistycznie?) to „siedliska” światłej myśli i tęgich umysłów, a stąd już prosta droga winna prowadzić do światłej architektury. Ot, tak sobie kombinuję, choć wiem, że lekko naiwnie.

Dodaj komentarz

Pola oznaczone gwiazdką * są wymagane.

*

 
css.php