Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Wrzask w przestrzeni - Piotr Sarzyński o pięknie i brzydocie przestrzeni publicznej Wrzask w przestrzeni - Piotr Sarzyński o pięknie i brzydocie przestrzeni publicznej Wrzask w przestrzeni - Piotr Sarzyński o pięknie i brzydocie przestrzeni publicznej

5.05.2012
sobota

Gdzie to centrum?!

5 maja 2012, sobota,

Do postawienia tytułowego pytania zainspirowała mnie (nieco spóźniona) lektura artykułu Małgorzaty Tomczak w „Architekturze i Biznes” (Nr 2/2012). Zainspirowała, ale i sprowokowała, albowiem autorka stawia dość jednoznaczną tezę, iż „galerie handlowe stają się współczesnymi centrami miast”. Oczywiście obserwacja to nie pozbawiona racji, ale problem wydaje mi się nieco bardziej złożony.

Pytanie pierwsze: czy z ewolucją miast da się walczyć? I jak to czynić? Czy to nie jest tak, jak niegdyś było z maszynami parowymi (wyparły pracę ręczną), samochodami (wyparły dorożki) czy kalkulatorami (wyparły liczydła)? Stare rynki służyły jako centra miast przez wiele stuleci i być może po prostu się wysłużyły. Nie są w stanie wchłonąć wszystkich usług, które od takich miejsc „zbiorowego przebywania” oczekują mieszkańcy: rozrywkowych, handlowych, rekreacyjnych itd. Kiedyś wystarczały. To na rynkach odbywały się targi (handel), w otaczających kamienicach lokowały się usługi (fryzjer, szewc itd), tu się spotykali mieszkańcy, plotkowali, manifestowali. Dziś te funkcje przejęły centra handlowe. Nadto uniezależniają nas od pogody, pary dnia i roku. Oczywiście i ja jestem miłośnikiem rynków wszelkiej maści, ba, bywa że je uwielbiam. Ale podskórnie czuję, że mamy do czynienia ze zjawiskiem potężniejszym niż komercyjne wyrachowanie.

A jednak przewrotnie napiszę: walczyć się da. Zgadzam się z autorką, że można nie wyrażać zgody na budowanie centrów handlowych w  centrum miast i miasteczek, a na ich obrzeżach (czy jednak nie podpadnie się wtedy mieszkańcom, którzy chcą mieć do tych świątyń handlu jak najbliżej?). Ale przede  wszystkim należy mądrze myśleć o rewitalizacji rynkowych przestrzeni, tak by stanowiły dla mieszkańców atrakcyjną alternatywę. To, co się wyprawia, to raczej zniechęcanie: wszystkie wyłożone brukową kostką, gdzie niegdzie ławeczki i pseudonowoczesne latarnie, rachityczne drzewa w wielkich donicach, czasami fontanna. Ma być ładnie, czysto i nowocześnie, a jest zniechęcająco i obco. To zdecydowanie za mało, by przeciwstawić się pokusie centrów handlowych. Trzeba od nowa budować wspólnotową przestrzeń, może opartą o budynek ratusza (jeśli istnieje), może o mądre, pociągające i niebanalne kreowanie przestrzeni. Przykładów ze świata jest wiele – tylko czerpać wzory. A poniżej dwa wzory mało chwalebne: przepięknego Zamościa i Czeladzi fot. MagdalenaBorek/Wikimedia Commonsfot. Michał Sz/Wikimedia Commons

Pytanie drugie: czy rzeczywiście centra miast przeniosły się do centrów handlowych? W małych i średnich miastach, gdzie takie centra pobudowano – rzeczywiście tak się stało. Obietnica nowoczesnej konsumpcji z reguły wygrała z sentymentami. Ryneczki opustoszały.

Z dużymi miastami jednak kwestia jest bardziej skomplikowana. Autorka stawia za przykład i stawia w jednym szeregu przykład Warszawy (Złote Tarasy), Krakowa (Galeria Krakowska), Poznania(Stary Browar), Katowic (Silesia City Center), Szczecina (Kaskada) i Łodzi (Manufaktura). O kilku z nich wypowiadał się nie będę, bo ich po prostu nie znam (ale będę wdzięczny za opinie mieszkańców). Ale i te, które znam lepiej wystarczą, by pokazać, że sprawa nie jest wcale taka prosta.

Zacznijmy od Łodzi. Tu sytuacja wydaje się klarowna. Rzeczywiście Manufaktura totalnie odebrała palmę pierwszeństwa ulicy Piotrkowskiej. Inna sprawa, że Piotrkowska zaczęła się degradować już na kilka lat przed otwarciem Manufaktury. Znikały fajne sklepy i knajpki, pojawiało się coraz więcej oddziałów banków i punktów sprzedaży telefonów komórkowych. Czyli tego wszystkiego, co raczej zniechęca od spacerowania. Myślę, że takiej skomercjalizowanej Piotrkowskiej nikt nie żałował. Nie łudźmy się, Manufaktura też jest totalnie skomercjalizowana, ale tworzy pozory przestrzeni przyjaznej mieszkańcom, coś udaje. Piotrkowska już nawet nie udawała (jeśli nie liczyć rikszy). Poniżej pusząca się Manufaktura i pustoszejąca coraz bardziej Piotrkowska:fot. Jakub Zasina/Wikimedia Commonsfot. pl:Konrad Kłoszewski/Wikimedia Commons

Kraków. Fakt, gigantyczna bryła Galerii tuż przy wyjściu z Dworca Głównego (a po części będąca wyjściem) stała się koszmarną wizytówką miasta dla większości turystów (z lotniska też się często dociera via dworzec). Fakt, że tłumy Krakusów chętnie spędzają czas w Galerii (czyż nie jest to dla nich formą ucieczki od tabunów turystów na Rynku i w jego okolicach?). Ale wydaje się, że siła (urok, atrakcje) Starego Miasta potrafiła przeciwstawić się dominacji nieodległej Galerii. Rynek z przyległościami wcale nie opustoszały i nie jest to wyłącznie zasługa turystów. Konserwatyzm rdzennych mieszkańców Krakowa raz jeszcze chyba triumfował.

fot. Astrorek/Wikimedia Commons

Poznań. Wydaje się, że Stary Browar  nie tyle przejął funkcje centrum miasta, ile raczej rozszerzył jego granice poza ścisłe Stare Miasto, wzdłuż ul. Półwiejskiej. Na jego uruchomieniu straciła natomiast na pewno ulica Święty Marcin.  Nawiasem mówiąc perfekcyjne maskowanie komercji sprawia, że Stary Browar można uznać za wzorcowe symulakrum miejskiego centrum.

fot. Przemov300/Wikimedia Commons

Warszawa. To miasto, które od bardzo dawna nie miało swojego centrum, czy też raczej miało ich wiele. Na pewno jednak nie Rynek z przyległościami, który jedynie był i pozostał, umieszczonym na obrzeżach, turystycznym skansenem. Nie udźwignęły ciężaru odpowiedzialności bycia centrum ani Domy Towarowe przy Marszałkowskiej wraz z ul. Chmielną, ani Nowy Świat z Krakowskim Przedmieściem, ani – tym bardziej – Pl. Konstytucji i okolice czy tereny wokół Pałacu Kultury. I powstanie jednego czy drugiego centrum handlowego niewiele tu zmieniło. Warszawa jest jak Titanic: wprawdzie tonie wolno, ale z uwagi na gabaryty kurs mu zmienić bardzo trudno. Ludzie masowo chadzają oczywiście do Złotych Tarasów, do Arkadii i paru innych malli, ale to nie one stały się nowym centrum miasta. Centrum nadal nie ma i tylko młodzież co jakiś czas i na własne potrzeby takie centra tworzy (niekiedy w zaskakujących miejscach). Ale to tylko moda, a nie naturalny proces.

Na Zachodzie na ogół udało się zachować charakter dawnych centrów miast, a jeżeli nawet się przesuwają, to nie w kierunku instytucji pod hasłem „sto sklepów pod jednym dachem”. Ale to wymaga wysiłku. A komu by się chciało w Polsce, jeżeli motywacja większości samorządów, prezydentów i burmistrzów jest tylko jedna: więcej kasiory!!!

Byłbym Państwu wdzięczny za informacje, gdzie  w Polsce – mimo powstania wielkich handlowych centrów – udało się zachować historyczne centrum miasta, a gdzie tradycyjny układ poległ z kretesem. Albowiem do tematu – z poważniejszym backgroundem – chętnie powróciłbym w papierowej Polityce.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 27

Dodaj komentarz »
  1. IMHO najważniejszy jest parking. Z punktu widzenia warszawiaka, jeśli chce się gdzieś wygodnie dojechać (żeby zrobić zakupy, spotkać się ze znajomymi itp.) trzeba jechać samochodem. A jechanie w miejsce, gdzie nie ma wystarczającej ilości choćby płatnych miejsc parkingowych, mija się z celem.
    A niestety wszystkie wielkie teorie społeczne dotyczące rozwoju miast, zaczynają się od założenia, że ludzie powinni jeździć komunikacją miejską i dyskryminowania tych, którzy tzw. „zbiorkomu” nie lubią.
    Niestety prawda jest inna i dopóki tylko centra handlowe będą brać pod uwagę rzeczywiste preferencje mieszkańców, ludzie będą jeździć właśnie tam.

  2. Centrum miasta, niech będzie rynek czy też główna ulica, muszą być przyjazne. Wspomniane salony telefonii komórkowej i oddziały banków nie zapewnią tego o żadnej porze dnia ani roku. Z drugiej strony trudno dziwić się właścicielom kamienic, że pożądają najemcy bogatego i długookresowego. Potencjalny właściciel knajpy taki nie jest niestety. Można się dziwić właścicielowi w postaci miasta. Na ale, również wspomniana, „kasiora” się liczy.
    W mniejszych miejscowościach wycięcie wszelkiego cienia i utwardzenie rynku czy to betonowym czy (wersja dla bogatszych) naturalnym brukiem również sprawy nie załatwi. Ale jest nowocześnie i gołębie nie paskudzą, a i inne ptaki hałasu nie robią. Cudnie jest. Trzeba to jeszcze utrzymać, ale na utrzymanie Unia kasiory nie daje, toteż śliczne murki klombów zaczynają się sypać błyskawicznie, kwiaty zastępowane są przez puste flaszki (bez kaucji), psie skarby przysychają do bruku, szczęściem luźne śmieci wiatr zamiata.
    Z mojego podwórka – Silesia City Center faktycznie przejmuje funkcje centrum miasta. Ciepło, przytulnie, na ludzi można popatrzeć. Komercja pełna, sieciowa, ze znanymi szyldami. Ze wstydem przyznaję, że sam zagraniczną koleżankę tam zawiozłem. Zadowolona była. Spodnie sobie kupiła identyczne jak w domu, a do tego supermarket też jej się z domem kojarzył. Było to kilka lat temu, w listopadzie, chodzenie po świeżo odremontowanej ulicy Mariackiej, po której hulał zimny wiatr nie było przyjemne.

  3. To, że powojenna Warszawa nie ma centrum, wydaje się naturalną konsekwencją charakteru tego skupiska (ciężko mi bez zmiany paradygmatu, nazwać ją miastem).
    Nie ma takiej potrzeby społecznej w tym skupisku, zarówno ze względu na historyczne procesy ukształtowania socjologicznego w ostatnich 60 latach, jak również poziom aspiracji i horyzontów mieszkańców.
    Przekłada się to wyraźnie na politykę municypalną, w wykonaniu miejscowego elektoratu oraz kolejnych rządów.
    Najlepsze przykłady kompetencji strategicznych i wykonawczych, wyznaczających przaśny horyzont cywilizacyjny władz nie zależą nawet od marketingowego labela – od Lecha K. do HGW.
    Do czego Warszawie (nie)potrzebne jest centrum, nie ma potrzeby już bić piany, po ustanowieniu na Pl Defilad macdonalda wraz z barakiem budowlanym metra, będącymi w istocie lepszym wyrazem pozycji kulturowej siedliska, niż storpedowany koncept budowy MSN.
    Tu najbardziej widać, jak w naszym stołecznym siole przestrzeń publiczna jest niczyja, a więc oczywistym przedmiotem degradacji i zawłaszczenia przez władze, przy całkowitej obojętności habitantów.
    Habitat stołeczny, ergo: populus, realizuje w pełni swe potrzeby, zgodnie z dominującą ontogenezą, na obrzeżnych targowiskach gumna marketowego.
    Jestem także takim habitantem, choć lubię publicznie ukszałtowane zakątki siedliska, sprawiające wrażenie przyjaznych społecznie (Powiśle, BUW, CNK), jednak nie mam złudzeń, co do ich skąpej roli porywającego powszechny badziew kwiatka na kożuchu stołeczności.
    Centrum miast wyrasta z potrzeb i aspiracji mieszkańców, habitanci siół nie tworzą metropolii.

    W innych miastach, proces ten sielski jest o tyle zaburzony, o ile nie udało się w nich wyeliminować dziedzictwa obcych cywilizacji (Wrocław, Gdańsk, częściowo Poznań) lub prekomunistycznego dziedzictwa społecznego (Kraków).

    Reasumując, jakie społeczeństwo, takie centra.

    Nb. u stóp Zamku Królewskiego, w ogrodach, wyrosła indiańska namiotowa wioska zamiast rzeźb Abakanowicz. Wymowne signum retrotemporis 🙂
    Pozdrawiam.

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. PS, korekta
    „porywający badziew” wyszedł mi freudowsko (haha), ale miało być: „skąpej roli poKrywającego powszechny badziew…”
    Nie przepraszam, bo pomyłka dodaje autoironii 🙂

  6. Zapraszam do Radomia, miasta gdzie centra handlowe całkowicie wyssały centrum. Już powstanie M1 na obrzeżach miasta pod koniec lat 90 spowodowało całkowite zdegradowanie głównego deptaka ul.Żeromskiego. Kolejne lata i decyzje rajców miejskich proces ten tylko pogłębiły. Nie pomogła w żadnym stopniu rewitalizacja deptaka w postaci kostki granitowej i ławek, ulica ta po godz. 18 umiera i przechodzący człowiek jest dużą rzadkością. Ostatnio zbudowano kolejne centrum tym razem tzw. galerię w samym śródmieściu (jest już 5 dużych centrów handlowych na 230tyś mieszkańców). Tym razem jednak urzędnicy miejscy i inwestorzy mocno się chyba przeliczyli ponieważ obroty nowej Galerii Słonecznej (przez mieszkańców zwanej GSem) są bardzo małe i nie pomagają kampanie reklamowe i działania marketingowe, dużo sklepów jest pustych inne co chwila się zmieniają. Budowa GS spowodowała inny fenomen tzn upadek nowo powstałej galerii Feniks gdzie swoje sklepy obok delikatesów Piotr i Paweł mięli drobni producenci ubrań. Wszystkie sklepy zbankrutowały i obecnie stoją puste. Ostatnio, także w dość niejasnych okollicznościach i powiązaniach z posłem Suskim wydano pozwolenie na budowę marketu Kaufland także w samym centrum na terenach które powinny być przeznaczone pod mieszkaniówkę. Dodatkowo miasto na własny koszt wyremontuje ulice wokół supermarketu (!) .Bulwersująca jest także sprawa najstarszej szkoły podstawowej w Radomiu która w związku z tą budową została zlikwidowana. Domniemuje się, że przeszkadzała by w sprzedaży alkoholu w Kauflandzie więc rada miejska podjęła decyzję o likwidacji twierdząc że nie ma pieniędzy na jej remont jednocześnie dając pieniądze na przebudowę ulic na dojazd do sklepu.

  7. Gekko ,twoja wypowiedź to klasyczny przerost formy nad treścią.

  8. @ Cynik
    6 maja o godz. 13:36
    – – –
    Bardzo mi przykro, że do zrozumienia treści nie dotarłeś, ale to już kwestia Twojej formy 🙂
    Życzę poprawy formy pozwalającej na jakiekolwiek odniesienie się do tematu bloga i dyskusji.
    Pozdrawiam 🙂

  9. Krepak
    6 maja o godz. 13:19
    – – –
    Cenne spostrzeżenia, nie nazywajmy jednak brukowania – rewitalizacją, życie (i to miejskie), wbrew mniemaniu i doświadczeniu władz nie toczy się na poziomie i w temacie bruku.
    Pozdrawiam 🙂

  10. Krakowianie spędzający czas w Galerii Krakowskiej? Raczej zamiejscowi czekający na pociąg – ciepło i na głowę nie pada.

  11. Zapraszam do Europy, warto przekonać się czym jest miasto! Polecam przyjrzeć się centrom powstałych w średniowieczu miast w Holandii, Francji czy zachodnich Niemczech. Wiele niedużych miast(na tutejsze warunki) około 300tys mieszkańców, ma intensywne życie uliczne, barwne strumienie pieszych na deptakach, mnóstwo rowerzystów podzwaniających na kostce brukowej, bulwary pobrzmiewające muzyką, kawiarnie zapełnione nawet w godzinach pracy. Te miasta żyją dużo intensywniej niż Polskie molochy.

    Banki mają tutaj eleganckie i nierzucające się w oczy oddziały na parterach biurowców, w centrum ich nie widać. Polskie centra obesrane są obleśnymi bankami, placówkami operatorów komórkowych.

  12. Poleciłbym zainteresowanie się Bielskiem-Białą. Miasto nigdy nie miało wyraźnego centrum (może przez obwodnicowego układu dróg, może przez niewystarczająco długi odpowiednik ul. Piotrkowskiej w Łodzi i zbyt oddalony ‚rynek’?). Powstała galeria ‚Sfera’ w samym centrum miasta z jednej strony osłabiła centrum. Z drugiej powstał punkt ciążenia, który pozwala na poprawę sytuacji dla otoczenia – wcześniej śródmieście było raczej niewystarczającą zachętą do podróży do centrum i zbyt rozproszone/poprzecinane arteriami. Wcześniej nie wybierano się do miasta z okolicznych wiosek, natomiast teraz ludzie jadą spędzić czas ‚do Sfery’.

    Galeria w Katowicach w ogóle wygenerowała ‚miejsce spotkań’, którego wcześniej brakowało. Bliskość DTŚ pozwala na spotkanie osób z większego obszaru GOP (szybszy dojazd). Paradoksalnie, budowa galerii przy dworcu może mieć pozytywny efekt dla przylegających ulic i „Rynku”. Może i będzie zasysać ludzi, ale część z nich odwiedzi i bardziej klasyczną przestrzeń. Z Sielesia City Center poza nią nikt raczej nie wychodzi.

    Galeria Krakowska jest architektonicznym nieporozumieniem, natomiast centrum broni się zwartością i dużą liczbą knajpek czy kawiarni w których tętni życie (jak i na Kazimierzu). Niestety i stąd uciekają usługi (np. Kino ‚Ars”), które są wypierane przez banki, czy butiki. Irytujące jest przywiązanie do filozofii wolnego rynku w tej dziedzinie. Może i każdemu wynajmującemu opłaca się mieć słono płacący za powierzchnię w centrum bank, ale gdy wszystkie kamienice na parterze będą miały bank, kto do śródmieścia przyjedzie? Miasto, które także posiada kamienice, powinno przeznaczać część powierzchni na wynajem ale z zastrzeżeniem formy prowadzonej działalności (sklep spożywczy, złotnicy itp.) Inaczej centrum się wyludni i stanie się miejscem najpierw nieprzyjemnym do zamieszkania a następnie i do spędzania wolnego czasu. Zyskują na tym galerie usytuowane na obrzeżach miasta. Na marginesie – miasto nie chce zgodzić się na transformację hotelu Cracovia na kolejną galerię. Na szczęście.

    Magdaleno, nie niestety, a na szczęście teorie urbanistyczne zostały skorygowane i samochód został uznany za obiekt niepożądany w mieście. A ludzie mają preferencje podróży samochodem, bo alternatywa jest słaba (złe warunki do ruchu pieszego, rowerowego, czy niewystarczająca podaż miejsc w komunikacji zbiorowej). Ostatnio widać i sygnały, że preferencje się zmieniają – drożeją grunty nie w pobliżu dróg, a stacji PKP.

  13. Święte słowa!!! I ciekawe spostrzeżenia.

  14. Z mojej ostatniej wycieczki krajoznawczej po Polsce polecam szczegolnie rynek w Przemyślu: tętni życiem, jest pięknie odrestaurowany i nawet drzewa się ostały!

  15. Galeria Krakowska wyssała ze śródmieścia dużą część handlu ze średnio-wyższej półki. To jest szerszy problem Krakowa – brak porządnej ulicy handlowej. Niemniej, Stare Miasto, Kazimierz, stare Podgórze i okolice pozostają bezkonkurencyjne jeśli chodzi o gastronomię, kulturę i rozrywkę. W pewnej mierze również administrację, co jest akurat oznaką – za przeproszeniem – niedorozwoju przestrzennego. Kraków bowiem od przedwojnia powiększył się ludnościowo trzykrotnie, ale nie szły z tym w parze inwestycje w tzw. funkcje metropolitalne, czyli budynki użyteczności publicznej, połączone z poszerzaniem funkcjonalnego centrum. Sytuacja poprawiła się o tyle, że konkursy wygrywają dobre projekty (np. centrum kongresowe, hala widowiskowa). Niestety nadal czekamy na dodanie kawałka spójnej i sensownej śródmiejskiej zabudowy (nie mówiąc o całej dzielnicy)…Zresztą chyba nie tylko w Krakowie… II RP bywała okropna, ale między nią a III RP istnieje urbanistyczna przepaść.

  16. Miasto Częstochowa – z wielkim, nikomu niepotrzebnym „lotniskiem” w samym centrum na Placu Biegańskiego i poczuciem „dobrze” wydanych pieniędzy przez władzę, wg swojej własnej logiki liczącej swój sukces jednym parametrem – metrami położonej kostki brukowej (nie ma się co dziwić więc samozadowoleniu).
    Zjawisko banki/apteki/GSM vs Galeria Jurajska przy trasie na Warszawę + styl ww wymienionej „rewitalizacji” dopełnia dzieła zniszczenia i wprawia mieszkańców w otępienie, marazm – najgorsze, że tych młodych. A szkoda, bo Aleje Najświętszej Marii Panny miały potencjał.

  17. Pisząc o galerii vs rynek należy pamiętać o marketingu! W miastach billboardy i reklamy w radio nie zachęcają do pójścia na rynek ale do galerii handlowej. W Polsce w ogóle nie przyjęła się idea town center management, czyli zarządzania centrami miast tak jak galeriami handlowymi.

    Wygląd jest ważny, ale ważniejsze są usługi świadczone dla ludzi. Jeśli centrum będzie równie zróżnicowane jak galeria (a to element właśnie town center management) to samo przyciągnie ludzi. Nasi włodarze myślą, że kostka-ławka-latarnia wystarczą, a to niestety sprawy w moim odczuciu drugorzędne.

  18. Paweł Wyszomirski / naszaprzestrzen.pl
    7 maja o godz. 6:29
    – – –
    A do jakich usług publicznych w centrum miałoby przyciągać reklamą miasto (w sensie:włdze)?
    Jakim produktem miałoby town-managementować?
    Czy aby nie mylimy narzędzi z podmiotem, czy naprawdę w naszym kraju wiara w marketing zastępuje racjonalną konieczność istnienia jakiegoś korzystnego przedmiotu reklamy?
    Nie w „zarządzaniu” pustynią problem, ale w nawodnieniu i siewie (ale to wymaga odpowiedzialności społecznej oraz umiejętności oraz motywacji w pełnieniu funkcji publicznych).
    „Zarządzanie” nieistniejącymi przedmiotowo i funkcjonalnie publicznymi centrami miast wymaga tylko …budżetu i pewnej dozy bezczelności (i tego w tzw. promocji miast nie brakuje).

  19. Nie jest winą galerii handlowych, że są dobrze urządzone i dobrze zarządzane, ani to że ulice i place polskich miast są bylejakie i nikt nimi nie zarządza z myślą o ludziach. Stawianie galeriom zarzutu, że są atrakcyjne dla mieszkańców to absurd. Idąc dalej tym tropem można zaproponować żeby je zamknąć i wtedy ludzie nie będą mieli wyboru i będą musieli przychodzić na rynek, plac, ulicę. I jeszcze krok dalej: wprowadzić zakaz pokazywania zagranicznych filmów w kinach, wtedy widzowie będą musieli przychodzić na polskie filmy.

    Ulice i place przegrywają konkurencję z galeriami, bo są dla ludzi mniej atrakcyjne, a więc to z ulicami i placami trzeba coś zrobić, a nie prześladować galerie.

    W ogóle razi mnie w paru komentarzach do wpisu ten przemądrzały ton i mówienie o galeriach jak o badziewiu na poziomie brazylijskich seriali, a o ludziach którzy do nich przychodzą jak o prymitywach. Miasto ma służyć ludziom. Takim, jakimi są, kropka. I jeśli chcemy żeby przychodzili na place i ulice (ja chcę) to trzeba je urządzać tak, żeby ci ludzie chcieli na nie przychodzić, żeby czuli się tam dobrze. To wcale nie oznacza obniżania poziomu do poziomu tych ludzi, tylko wręcz odwrotnie: trzeba podnieść ich poziom do poziomu tych ludzi, tzn. zapewnić tam czystość, ład, porządek, bezpieczeństwo, atrakcyjną i bogatą ofertę. Ulice i place są w Polsce takie, jak Pan opisuje na blogu: dziadowskie, zaniedbane, pełne badziewnych reklam, więc to że ludzie tam nie przychodzą świadczy o nich dobrze, a nie źle. Dodam do tego, że ulice nie są zarządzane, bo dla włodarzy naszych miast zarządzanie oznacza co najwyżej zamiatanie, zbieranie opłat i remont raz na dziesięć lat.

    Tymczasem na tle ulic galerie są oazą czystości, porządku, bezpieczeństwa. Czy widział Pan kiedyś w jakiejś galerii brud albo psie kupy? A szmaty z reklamami-samoróbkami, albo budę handlową? Sam fakt, że galerie mają toalety, już by wystarczył żeby wygrały z ulicami. Ale to jeszcze nic: proszę pamiętać o udogodnieniach dla matek z dziećmi, w ogóle o atrakcjach dla dzieci, o udogodnieniach dla inwalidów. Do tego galerie mają ustalone, wygodne godziny zamknięcia i właścicielom sklepów nie wolno zamknąć sklepu o której im wygodnie (czy słyszał Pan o zamknięciu jakiegoś sklepu w galerii np. o19tej, albo w ogóle przed zamknięciem galerii?). Mają obowiązek być otwarte w weekendy.
    Ale przede wszystkim mają bardzo przemyślaną ofertę, skonstruowaną niezwykle starannie. Tu nie ma mowy o wynajęciu lokalu temu, kto po prostu zaoferuje wyższy czynsz. Potencjalny najemca musi złożyć do właściciela galerii pisemny wniosek i się w nim dokładnie wyspowiadać co chce oferować, w jaki sposób, jakie będzie sprzedawał marki itd – jest do wypełnienia szcegółowa ankieta. Dlaczego? Bo żeby galeria dobrze funkcjonowała to muszą przyjśc ludzie. A żeby ludzie przyszli do galerii musi być tyle a tyle punktów gastronomicznych, tyle a tyle sklepów takiej branży, tyle a tyle takiej, muszą być umiejscowione w takim a takim punkcie. Sklepy z towarami ciężkimi muszą być blisko parkingu, żeby nie trzeba było ich nosić, a z lekkimi mogą być w dalszej części itd. Właściciele galerii przeprowadzają badania ludności dzięki którym wiedzą czego ludzie potrzebują. Jeśli z badań wyjdzie, że w galerii jest potrzebna np. pralnia to właściciel galerii jest w stanie dać za darmo lokal pralni, bo to zapewni że ludzie będą przychodzić do galerii. Potem, kiedy już galeria działa ruch ludzi jest na bieżąco monitorowany. Sprawdza się czy sklepy zdają egzamin, czy są odpowiednio dobrane, czy preferencje ludności nie zmieniły się. Jeśli się zmieniły to najmniej atrakcyjny dla ludności najemca dostaje wymówienie, a na jego miejsce wchodzi taki, o którego ludzie proszą w ankietach (np. „brakuje mi tu punktu dorabiania kluczy”). Są nawet specjalne urządzenia do badania gdzie w obrębie galerii ludzie najwięcej przychodzą – tak! Opierają się one na założeniu, że każdy człowiek ma przy sobie komórkę i badają ile osób przyszło do tego sklepu, a ile do tego, ile spędzają czasu w tym sklepie, a ile w tamtym, czy dana osoba przychodzi więcej niż raz w to samo miejsce, czy przyszła tylko raz i więcej się tu nie pojawia.

    Czy w takich warunkach ulice i place mają jakąkolwiek szansę konkurowania z galeriami? Przecież w porównaniu z galeriami ulice naszych miast to kompletmy PRL. Gdzież im do takiej dbałości o klienta jak w galeriach.

    Tu trzeba dodać, że w Paryżach, Londynach itd. ulice handlowe są zarządzane przez te same firmy, które zarządzają galeriami. Tak, ulica jest zarządzana przez firmę. I zasady wynajmu lokali w parterach są dokładnie takie same jak w galerii. Lokale położone przy tej samej ulicy są zarządzane przez tę samą firmę. Są firmy specjalizujace się w sklepach ekskluzywnych, inne w sklepach dla szerokich rzeszy. I to po prostu działa – przecież w tych miastach nie ma problemu pustych ulic i placów.

    Jak z tego wszystkiego widać komercja nie zabija, tylko wręcz odwrotnie: wymusza na właścicielach galerii wsłuchanie się w oczekiwania ludzi i w efekcie powoduje, że galerie żyją. Tymczasem w Polsce, a szczególnie w Warszawie, lokale przy ulicach są własnością miasta. A miasto zarządza najmem w taki sposób, że wywiesza na drzwiach kartkę z informacją, że dnia takiego, a takiego odbędzie się konkurs ofert na najem i kto da więcej ten wygra. I na tym się kończy zarządzanie przez miasto.

    Jeszcze jedno: pisaliśmy na ten sam temat na stronie m20 w ub. roku. Jest tam też wskazówka gdzie szukać poważniejszego backgroundu: http://m20.waw.pl/ulice-w-odwrocie-galerie-w-natarciu/

  20. Pozytywny przykład wpływu galerii handlowych na historyczne centrum miasta to Rybnik. Kilka lat temu na przeciwległych biegunach ścisłego centrum wybudowano dwie takie galerie. Powstał w ten sposób „wabik” przyciągający ludzi z dzielnic do spędzenia wolnego czasu „na mieście”. Zaś biegunowe usytuowanie tychże galerii (ze średniowiecznym rynkiem w centrum) stworzyło zupełnie nowy ciąg pieszy i nadało rynkowi i okolicom niemal jednolitą funkcję gastronomiczną. Oczywiście powstanie dwóch galerii handlowych w centrum przyniosło również negatywne skutki w postaci upadku ciągów handlowo-usługowych leżących na peryferiach centrum. Niemniej tamte miejsca prędzej czy później potrzebowałyby nowego pomysłu na siebie. A w rezultacie podjęcia dwóch bardzo kontrowersyjnych swego czasu decyzji centrum Rybnika tętni życiem od wczesnego ranka do późnych godzin nocnych. Dla porównania w oddalonych o ok. 50km Katowicach centrum umiera po 17 a by spotkać innych ludzi, należy jechać samochodem/tramwajem do SCC, kilka kilometrów od centrum miasta… Miejmy nadzieję że wraz ze zmianami opisanymi w artykule, Katowickie centrum ożyje wraz z powstaniem Galerii Katowickiej i Supersamu, tworzących podobnie jak to miało miejsce w Rybniku, wabik oraz nowy ciąg pieszy.

  21. Marcin M20
    7 maja o godz. 13:36
    – – –
    Fajnie, że ktoś to napisał w kontekście dyskusji o centrum. Tak, oczywiście na tym polega zarządzanie służebną funkcją usługową.
    Ale, aby tak się stało, musi istnieć jasny układ społeczny (jak w galeriach – rynkowy) : władza jest funkcją (a nie stanowiskiem czy przywilejem) służebną wobec społeczeństwa. Nie odwrotnie, jak mamy u nas; jednocześnie to wynik kulturowo-cywilizacyjnego braku społeczeństwa obywatelskiego, zdolnego taki układ wypracować.
    Przy tej okazji dwie uwagi polemiczne:
    a/ uściślając, w mojej opinii służebność nie oznacza schlebiania populizmowi, np. sztukę nowoczesną, wysoką, jako element oferty publicznej władza musi chceć i u m i e ć sprzedać jak najszerszym odbiorcom. To naturalnie jest możliwe, wymaga umiejętnosci. Ale przede wszystkim własnego wyczucia i społecznego wyegzekwowania odpowiedniej roli władzy.
    b/ dystansuję się od kpin z odwiedzających galerie, sam jestem ich gościem dokładnie z tych powodów, które Pan nakreślił; jednak w zdrowym społeczeństwie funkcja i organizacja takich galerii powinna być inspiracją i wzorem dla przestrzeni publicznej a nie, jak na pewno w Warszawie, izolowanym od publicznej rzeczywistości incydentem, substytutem w zupełności zaspokajającym potrzeby populusa i zastępującym społeczną (w tym polityczną) presję na rozwój publicznej przestrzeni.
    Z pozdrowieniami.

  22. Bardzo ciekawe uwagi. 🙂 Nie potępiamy w czambuł Galerii Handlowych. W porównaniu z pierwszymi barakami, prezentują one coraz lepszy poziom, również architektoniczny. Natomiast przestrzeń miejska, ulica chyba ma jakąś wartość, skoro galerie często ją udają lepiej lub gorzej. Są chodniki, kwietniki, ławeczki, latarnie (!) ale i nazwy ulic (‚pasaże, aleje, itp.) W Galerii Krakowskiej są i specjalne wystawy tematyczne (nie wiem jak w innych galeriach, ale chyba nie jest to nic niezwykłego). Jednocześnie nie ma meneliady (są są, ale przy wejściach), za to są pożądane toalety (w sumie dobry temat na odcinek bloga – szalety miejskie). Brakuje jeszcze grajków, ale ci nie byliby kompatybilni z muzyką emitowaną z głośników.

    Przyznam, że mam mieszane uczucia co do krakowskiego rynku. Mały Rynek oraz pl. Szczepański (teraz to ‚krakowski salon secesyjny’) remontowano, by usunąć z rynku różne budy wystawiennicze i przenieść imprezy kulturalne czy jarmarczne zeń. Gorąco temu pomysłowi kibicowałem (nie zrealizowano), ale ostatnio zaczynam mieć wątpliwości czy słusznie robiłem. Pozłacanie i cukierkownie przestrzeni miejskiej z wyrzuceniem aktywności towarzyskiej, kulturalnej chyba nie jest najlepszym pomysłem. Przecież to były historyczne funkcje rynku. Handel, spotkania, manifestacje, defilady, czasem kogoś wychłostano itd. 😉 Wyremontowane place reklamuje się jako ‚salon miejski’. I trochę jak w salonie – ma być ładnie i schludnie. Można pooglądać mieszkanie cioci, zakamarki które ma do pokazania, ale lepiej niczego nie dotykać. Trochę sztywno i drętwo. Może zamiast salonu lepszy byłby wielofunkcyjny pokój dzienny w którym i goście i gospodarze dobrze się czują? Najlepsze życie w domu toczy się w kuchni, niekoniecznie w salonie. Może to jest siła krakowskiego Kazimierza?

    @Gekko zgadzam się, ale mam jedną uwagę. Jak wytłumaczyć społeczeństwu, któremu się służy, że miasto nie zarabia możliwego maksimum z wynajmu w imię wyższych ‚idei’? Cóż to za władza, która lekką ręką daje tanio powierzchnię handlową zamiast zbierać kokosy na żłobki, hale i szpitale? Dyskusja wokół „Noworolskiego” w Krakowie to pokazuje, choć w tym przypadku problem jest bardziej złożony.

  23. Pan Tograf
    7 maja o godz. 19:15
    – – –
    „Jak wytłumaczyć społeczeństwu, któremu się służy, że miasto nie zarabia możliwego maksimum z wynajmu…”
    Cóż, sądzę, że społeczeństwo oczekujące od władz miejskich jedynie funkcji rentiera, samo skazuje się na galerie (galery?). Może w Krakowie takie oczekiwanie nie razi tak bardzo, jako że centrum i tak jest niekwestionowaną lokalizacją i atrakcją.
    Może jeszcze z innych względów – lokalnych horyzontów ekonomicznych, powiedzmy żartem ;).
    Generalnie, to nie tyle chodzi o retroaktywne „tłumaczenie” ze strony władz społeczeństwu, ale proaktywne społeczne wybory takich władz, które musiałyby się tłumaczyć z zaniechań „misyjnych” a nie ze efektywności „golenia kapitału” komunalnego do zera.
    Nikt chyba i tak nie ma złudzeń, że pieniądze zarabiane przez miasto na wyżyłowanym wynajmie lokali (czyli bankom etc) zasilają potrzeby miasta.
    I tak zresztą Kraków ma przecież problem centrum o innej zgoła skali niż Katowice lub Warszawa.
    Pozdrawiam.

  24. wildthing
    7 maja o godz. 13:51
    – – –
    Dziękuję za zachętę – odwiedzę Rybnik przy najbliższej okazji, dzięki Twojej rekomendacji.
    Mam dobre wspomnienia z pobytu tam ok. 20 lat temu.
    Ciekawe, czy sprawdzą się Twoje prognozy co do Katowic, uważam, że kompletnie martwe centrum nie zyska życia przez Nową Dworcową – a estetycznie to aż na płacz się zbiera, po barbarzyńskiej destrukcji Dworca. Silesia Center to wampir dla centrum miasta, bardziej niż gdziekolwiek indziej, IMHO.
    Pozdrawiam.

  25. W wielkim skrócie (bo lecę do galerii kupić pocztówki ze starym rynkiem) kilka kwestii, które wydają się być trochu jakby pominięte przez forumowiczów (których liczne głosy budzą wszak nadzieję, ze są jeszcze w tym kraju ludzie zainteresowani czymś więcej niż brzozą smolenską i innym podobnym bełkotem).
    1) odrodzenie centrów jest ( z definicji) odrodzeniem centrów, czyli wyróżnionych kompleksów urbanistyczno-usługowo-mieszkalnych stanowiących pewna zwarta całość. Wniosek: ich tzw. rewitalizacja musi być przedsięwzięciem kompleksowym. Wniosek numer dwa: musi istnieć plan i centralny ośrodek koordynujący przedsięwzięciem i przede wszystkim – dysponujący funduszami. Wszelkie pojedyncze inicjatywy szczegółowe (postawmy ławeczki, zasadźmy drzewo, postawmy estetyczną wiatę), jakkolwiek szlachetne i pożądane same sprawy załatwić nie mogą. Zadanie musiałoby spaść na zarządców miasta. Ci jednak już dawno wybudowali nad sobą twardszą od betonu osłonę przed takim spadkiem. Czyli – nie masz nadziei!
    2) W tzw.dzisiejszym świecie kwestia wprowadzić/nie wprowadzić galerii handlowych do centrów miast jest dylematem źle postawionym. Pytaniem właściwym jest: czy wprowadzać HANDEL do centrów miast i jaki? Otóż pozwolę sobie na stwierdzenie, ze – stety czy niestety – bez placówek komercyjnych najpiękniejsze nawet zakątki starych dzielnic nie będą miały dostatecznej siły przyciągąnia – amatorzy niedzielnych przechadzek i ogródków piwnych
    nie zapełnią tych kwartałów, zwłaszcza w dni powszednie. Jednak wprowadzenie handlu nie może być równoznaczne z budowaniem galerii (jak to nieomal automatycznej zakłada większość dyskutantów). Powinno się to raczej odbywać przez zagospodarowanie dotychczas istniejącej substancji urbanistycznej, szczególnie przez przystosowanie dolnych kondygnacji istniejących budynków do lokowania w nich różnorodnych placówek usługowo-gastronomiczno-handlowych. Przy tym nie chodzi tutaj o dostosowanie pojedynczych , już istniejących lokali, tylko o tworzenie otwartych połączonych ze sobą przestrzeni w obrębie całych bloków, z przejściami, ciągami komunikacyjnymi dla pieszych i małego transportu na zapleczach placówek itp, itd… wszak z zachowaniem zewnętrznego wyglądu kamienic.
    Niestety takie rozwiązanie wymaga przede wszystkim woli politycznej (sic), odpowiedniego długoterminowego planowania, odpowiednich rozwiązań prawnych, fiskalnych etc… Na przykład system podatkowy powinien być tak skonstruowany, żeby korporacjom handlowym bardziej opłacało się przystosować starą strukturę urbanistyczną w centrach do ich celów niźli budowanie kolejnego blaszaka na peryferiach. Jak jednak taka modyfikacje obciążeń podatkowych przeprowadzić w warunkach, kiedy nie ma czego modyfikować, bo korporacje de facto podatków nie płacą? Jak przekonać urzędników, żeby robił wbrew dobroczyńcom naszym – inwestorom zagranicznym, jak nakłonić kamieniczników do zgody na zmiany w ich ruderach bardziej zasadnicze niz wywieszenie baneru na piec pieter zasloniajacego sypiace sie tynki i pokryte liszajem framugi okien…. jak, jak, jak? takie pytania mozna by mnozyc i dopiero po ich rozmnożeniu będziemy z grubsza mieli wyobrażenie jak licznego batalionu herkulesow nam trzeba, żeby się chciało iść z wizyta do tych przybytków augiaszy.
    3) Aaaa, nie zapominajmy też o drobiazgu – o kasie!
    I tak można by godzinami, ale muszę lecieć do galerii.

  26. Szczególnym przypadkiem zacierania granicy między centrum handlowym a centrum miasta jest łódzka Manufaktura ze względu na tzw. rynek, który stanowi jej sporą część. Kierownictwo Apysu (właściciel Manufaktury) przyjęło za cel marketingowy przekonać łodzian, że oto dostają coś, co inne miasta mają od stuleci – właśnie rynek. Ba, rynek jest nie tylko handlowy, bo dookoła są przecież restauracje (drogie) i ważne instytucje kulturalne (Muzeum Sztuki i Muzeum Historii Miasta Łodzi).
    Rynek Manufaktury nie jest jednak przestrzenią publiczną, jak inne miejskie rynki. To prywatna działka i jej właściciel dyktuje warunki jej użytkowania. Od innych wejść do supermarketów rynek różni się jedynie tym, że nie jest ogrodzony ani zadaszony, co stwarza złudzenie, że jest zwykłą przestrzenią miejską. Nie wolno tam jednak usiąść z gitarą i zbierać na piwo (ochrona jest nader sprawna), nie wolno jeździć na deskorolce, jak się dobrze ustawić, śledzi nas na raz 12 kamer. Takie jest prawo właściciela, na którego obywatel-użytkownik nie ma żadnego wpływu. Władze miasta można w demokratycznie działającym samorządzie zmienić. Właścicieli prywatnej działki – nie. I tu tkwi główna różnica między centrum miasta a centrum handlowym.
    Równolegle Piotrkowska – ulica, jak najbardziej należąca do miasta, czyli do łodzian – dalej popada w ruinę. Zamiast wykorzystać jej wyjątkowość (bo rynki są prawie wszędzie, a tak długiej ulicy handlowej nie ma prawie nigdzie), poszukuje się kolejnego pomysłu na centrum (sercem Nowego Centrum Łodzi ma być kolejny rynek – tym razem miejski). To jak leczenie jakiegoś strasznego kompleksu. Tymczasem rynek Manufaktury wcale nie spełnia obietnic, które składa. Łodzianie nie spędzają tam czasu. Miażdżąca większość obecnych tam osób po prostu idzie od przystanku tramwajowego do do galerii handlowej, nie zatrzymując się po drodze. Jeśli akurat na rynku nie odbywa się promocja nowego modelu samochodu, dziwaczny jarmark albo nie ma tam lodowiska lub boiska do siatkówki plażowej (te dwa ostatnie są w porządku, bo faktycznie stanowią miejsce integracyjne), sam rynek świeci pustkami. Ludzie przemieszczają się tylko w jednej linii – do sklepów i ze sklepów.
    Władzom Łodzi zdarzało się organizować miejskie imprezy, jak Sylwester czy Dni Łodzi w Manufakturze (na rynku) – sprawa szerokim echem odbiła się w prasie. Od czasu do czasu pojawiają się też głosy, że należy jakoś „rozwiązać” problem sąsiadującego z Manufakturą biednego osiedla robotniczego przy ul. Ogrodowej, bo jego widok przeszkadza klientom galerii handlowej, restauracji i ekskluzywnego hotelu, który także mieści się w kompleksie. żadnej sensownej myśli rewitalizacyjnej, jak do tej pory, nie było. Niedopuszczalne jest, by publiczne władze akceptowały, a czasem nawet wspierały fakt, że do miana centrum miasta aspiruje przestrzeń, która nie ma pod tym względem historycznej legitymizacji, a możliwość jej współkształtowania przez mieszkańców – choćby poprzez wybór władz w wyborach – jest żadna.

  27. Magdalaena
    5 maja o godz. 17:44
    – – –
    No z całym szacunkiem, ale jeżeli w Polsce dyskryminuje się tych, którzy tak zwanego „zbiorkomu” nie lubią, to polityka miast i państwa wobec tychże w takiej Danii czy Holandii nadaje się do wprost do Trybunału Praw Człowieka.

    Niestety, najgorzej jest w mniejszych miejscowościach (tak od 50 tyś. mieszkańców w górę) gdzie właśnie przechodząca przez Polskę fala budów c.h. na peryferiach zarzyna całkiem ładne śródmieścia. W Wielkiej Brytanii widziałem fajny przykład niczym nie wyróżniającej się miejscowości (ok. 80 tys mieszkańców), gdzie dwie niewielkie galerie handlowe położone po przeciwnej stronie śródmiejskiego deptaku generowały ruch i ożywiały centrum. Architektonicznie bardzo zgrane z zabytkowym ceglanym i szachulcowym otoczeniem. Na dziedzińcu jednej z nich najzwyczajniejszy na świecie targ z warzywami i różnym misz-maszem, niczym nie różniący się od polskich bazarków (i to nie kolidowało tylko koegzystowało). Oczywiście wszystkie ulice śródmieścia tylko dla pieszych, rowerów i ewentualnie autobusów. Na obrzeżach śródmieścia parkingi. Sęk w tym, że te centra były małe i nie zabijały drobnych sklepików i knajpek wzdłuż deptaków. Być może problemem jest więc skala. Może jednym z kierunków polityki włodarzy takich miast w Polsce powinno być preferowanie lokalizacji galerii w centrach przy jednoczesnym limitowaniu ich wielkości. Jak na razie to niestety jest zachwyt „światowością” wynikającą z faktu, że przy wjeździe do miasta stoi oszklony blaszak. A może to korzystne, może za kilka lat przyjdzie do Polski renesans ryneczków? Byle tylko do tego czasu wiele kamienic się nie rozsypało.

  28. Panie Piotrze – a propos wymierania dzielnic z powodu budowy galerii handlowych mogę podać przykład z Gdańska: dzielnica Wrzeszcz. Jest to jedna z dzielnic Gdańska, w której zachowały się (częściowo) budynki z XIXw. lub I poł. XXw. Ale też wiele budynków powstało po 1945r. Wiele lat temu, za czasów PRL, Wrzeszcz był swoistym centrum handlowym Gdańska. To tu się jeździło na zakupy, a nie do Gdańska Głównego czyli do Śródmieścia. Ulicą handlową była wtedy Al. Grunwaldzka, konkretnie jej ok. 1km odcinek ciągnący się od okolic dworca SKM w kierunku Śródmieścia (SKM-ka to Szybka Kolej Miejska – takie trójmiejskie „metro”, tylko naziemne). To na tej ulicy „polowało” się w latach 80-tych XXw. na dobra konsumpcyjne w licznych kolejkach w Delikatesach i Domach Towarowych. Tyle historii….
    Obecnie Wrzeszcz zdominowały 2 centra handlowe – najpierw tzw. Centrum Manhattan a potem Galeria Bałtycka. Galerie te sukcesywnie zaczęły wypierać handel z dzielnicy, wręcz „zasysać” sklepy do swoich wnętrz. Najpierw sklepy wielkich sieci (np. odzieżowych) z Al. Grunwaldzkiej przeniosły się do Centr. Manhattan a potem do nowo powstałej Galerii Bałtyckiej. I tak Wrzeszcz zamiera …, nie pamiętam już kiedy na piechotę przeszłam „mityczny” szlak handlowy. Grunwaldzka stała się przysłowiową „ulicą bankową” z bankami i usługami telekomunikacyjnymi oraz nielicznymi sklepami lub barami itp.
    A w centrach – oczywiście klientów tłumy, nocne zakupy itd. itp.! Obecnie Centrum Manhattan „walczy” o klientów z Galerią Bałtycką, bo w pierwszych latach przegrywało okrutnie, wyludniło się kompletnie. Bałtycka (ksywa „Bandycka” :-)) wg mnie wygrała przede wszystkim dlatego, że jest bliżej dworca i trochę bardziej „kobieca” – czyli jasna, błyszcząca, ma trochę lepszy, bo prosty i czytelny (wertykalny) wewnętrzny układ komunikacyjny, można przez nią przejść lub zawrócić, niczym pętlą, do wyjścia w kier. dworca. Manhattan zawsze był wg mnie taki bardziej „męski” – ma dużo koloru czarnego i grafitowego w wystroju, układ komunikacyjny nie jest taki przejrzysty. Chyba kobiety nie czują się w nim dobrze. Proszę zauważyć, że nawet ja mówię o tych centrach „ona”=Bałtycka i „on”=Manhattan :-)))))
    A jak Manhattan „walczy”? Otóż zmienia się – przebudowano wewn. komunikację, likwidując część korytarzy i przenosząc schody. Znalazło się tu miejsce na bibliotekę publiczną z częścią tw. mediateką, jest duża kręgielnia, mały teatr z zajęciami tanecznymi, galeria z zajęciami plastycznymi dla dzieci, centrum fitness, szkoła językowa i biura na ost. piętrze. Sklepów jakby coraz mniej :-)))) Może to się sprawdzi?
    Te dwa centra zlokalizowane są od siebie o ok. 1km i teoretycznie można by utworzyć pomiędzy nimi coś w rodzaju ulicy handlowej. Z tym, że tylko teoretycznie, bo praktycznie Al. Grunwaldzka na tym odc. właściwie się do tego nie nadaje – jest szeroką arterią komunikacyjną a nie deptakiem, budynki na tym odcinku (zwł. bliżej Bałtyckiej) – nie są urodziwe, nie tworzą pierzei, nie wszystkie mają w parterach lokale usługowe. Lepiej jest w okolicach Manhattanu – tu pozostało trochę handlowego życia. Może w przyszłości będziemy chętniej chodzić pomiędzy tymi centrami? Na razie brak mi czasu na jednoczesną wizytę w obu centrach za jednym pobytem we Wrzeszczu :-)))))

Dodaj komentarz

Pola oznaczone gwiazdką * są wymagane.

*

 
css.php