Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Wrzask w przestrzeni - Piotr Sarzyński o pięknie i brzydocie przestrzeni publicznej Wrzask w przestrzeni - Piotr Sarzyński o pięknie i brzydocie przestrzeni publicznej Wrzask w przestrzeni - Piotr Sarzyński o pięknie i brzydocie przestrzeni publicznej

5.10.2012
piątek

Nostalgia za PRL-em

5 października 2012, piątek,

W III R.P. chętnie i masowo krytykowaliśmy i nadal krytykujemy budownictwo mieszkaniowe PRL-u. Czy aby jednak zawsze słusznie? Pewnych zarzutów aż nie chce się powtarzać, a na pewno z nimi polemizować: że  wielka płyta (jak tu wbić gwóźdź w ścianę?!), że krzywo, byle jak. Że mieszkanka małe, a czekało się na nie długimi latami. Że architektura będąca najgorszym z możliwych wariantów modernizmu. Wszystko to prawda. Ale weźmy – dla odmiany – taką oto urbanistykę.

Piszę o tym, bo wpadła mi w ręce publikacja Fundacji „Bęc Zmiana” zatytułowana „Postmodernizm jest prawie w porządku”. Tytuł fajny,  z zawartością wszelako nie do końca do niego pasującą. Zestawiono bowiem w albumie projekty polskich architektów i urbanistów przygotowywane dla Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej w latach 60-ych, 70-ych i 80-ych XX wieku z ich późniejszymi dokonaniami, już w Polsce i już w III R.P. Śledzenie ewentualnych związków przyczynowo-skutkowych, to raczej zabawa dla zaawansowanych miłośników architektury i nie będę nimi katował czytelników tego blogu (potocznie: bloga). Ale nie ukrywam, że oglądając plany dawnych osiedli dla Bagdadu czy Aleppo, moje myśli powędrowały ku osiedlom stawianym w owych czasach w Polsce.

Nie ukrywam, byłem szczęściarzem. Dzieciństwo szkoła podstawowa) spędziłem na osiedlu zbudowanym za czasów „środkowego Gomułki” z malutkimi mieszkankami, ale z nieźle  zaplanowaną przestrzenią między niewysokimi blokami. Zaś młodość (szkoła średnia i studia) na legendarnych Sadach Żoliborskich – stołecznym osiedlu wówczas absolutnie wybitnym, a i dziś jeszcze wyróżniającym się.

Gdzie indziej budowano na pewno mniej finezyjnie, osiedla w większości były monotonne, architektonicznie nijakie. Ale jednego nie można owym czasom odmówić – dbałości o infrastrukturę. Do szkoły, przedszkola czy do sklepu spożywczego było z każdego bloku nie dalej jak 5 minut spacerkiem. Z góry planowano sieć ulic (dopiero teraz są za wąskie), pawilony usługowe, przychodnie zdrowia. A zaraz po zaludnieniu puszczano nową linię autobusową. Nie sadzano domu na dom, okno w okno, ale dbano, by było miejsce na plac zabaw i na zieleń (choćby skromniutką). Parkingi były mikroskopijne, ale były. Wówczas wystarczały, bo w bloku z 48 mieszkaniami własne auto miały 2-3 rodziny.

Broń boże nie chcę uchodzić za jakiegoś apologetę przeszłości. Większości z tego, co odeszło wraz z PRL-em, nie żałuję. Ale akurat scentralizowanego myślenia urbanistycznego – i owszem. Bardzo mi go brakuje, gdy obserwuję współczesne blokowiska, nazywane tyleż dumnie, co absolutnie niesłusznie, apartamentowcami. Pojawiły się podziemne garaże (niewątpliwy plus) i grodzenia (???), ale zniknęła za to większość z dawnych walorów, które wcześniej wymieniłem. Nie jest już szaro i monotonnie. Jest (pseudo)elegancko, różnorodnie, nawet fikuśnie. Ale czy lepiej. Nie dla mnie.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 27

Dodaj komentarz »
  1. W dużej mierze zgadzam się z Gospodarzem. Dzieciństwo (lata 80 – te) spędziłam na Ursynowie, wówczas w stanie permanentnej niemal budowy (na których to budowach z upodobaniem się bawiliśmy). Oczywiści bloki były szare i brzydkie, ale zagospodarowanie przestrzeni i infrakstuktura bardzo przemyślane. Sensowne odległośmi między blokami – nikt nikomu w okna nie zaglądał. Na moim obecnym – „nowoczesnym i grodzonym” osiedlu mogę się z sąsiadem z bloku obok kieliszkiem przez balkon trącać. Dużo terenów zielonych i rekreacyjnych – to był niewątpliwy plus dawnego Ursynowa. Rozwinięta infrastruktura. W sumie żyło się wygodnie i całkiem przyjemnie. Obecnie Ursynów znacznie stracił na walorach mieszkalnych. W każdy skrawek wolnej przestrzeni wciśnięto bloki i bloczki, każdy w innym kolorku, z innymi detalami architektonicznymi, pełna samowolka i bałagan wizualny straszny. Każdy pozostały skrawek przestrzeni obstawiony parkującymi samochodami. Gdzie podwórka z mojego dzieciństwa??? 🙁 Moim zdaniem Ursynów w ostatnich dwóch dekadach bardzo zbrzydł.
    Co do planowania przestrzeni w dawnych blokach, to wydaje mi się że była ona znacznie bardziej przemyślana niż dzisiaj. Moim pierwszym dorosłym mieszkaniem było również mieszkanie w wielkiej płycie, 57 m2. W nim architekt – przed którym do dzisiaj biję czołem – zmieścił 3 zgrabne i ustawne pokoiki, małą ale widną i ustawną kuchnię, łazienkę i zgrabny przedpokój. Maksymalne wykorzystanie przestrzeni i funkcjonalizm. Dzisiaj większość rodzin również mieszka w dwu i trzypokojowych małych mieszkaniach – więc nie opowiadajmy że tylko w czasach PRLu mieszkania były małe.
    Czego nienawidze, po prostu nie znoszę w nowym budownictwie – to tzw. aneksy kuchenne (zdaję sobie sprawę że to indywidualna kwestia). Jeżeli przy tym mieszkanie jest małe, np. dwupokojowe, a większy pokój (ten z kuchnią) służy jednocześnie za sypialnię, to ja przepraszam uprzejmie, już wolę te klitki rodem z PRLu.
    A już nikt nie jest w stanie wytłumaczyć mi jednego – dlaczego te aneksy kuchenne (w małych lokalach dające się wytłumaczyć oszczędnością) są również w mieszkaniach dużych, np. pięckopokojowych, i to tak zaprojektowane że nie da się ich sensownie wydzielić. Toż nie po to się sobie sprawia cztero czy pięciopokojowe mieszkanie żeby miec kuchnię w salonie.
    No to się wywnętrzyłam
    Pozdrawiam serdecznie 🙂

  2. Budownictwo mieszkaniowe w PRL-u było niskiej jakości, a naprawianie usterek wlokło się latami. Dopiero teraz kończy się ocieplać styropianem tamte bloki z wielkiej płyty. O stratach ciepła przy ogrzewaniu lepiej nie mówić, bo to nie tylko ściany z dziurami na wylot, ale nieszczelne i spaczone okna, które teraz ludzie sobie wymieniają na nowe. O fatalnych niefunkcjonalnych rozkładach mieszkań (ślepe kuchnie, małe pokoiki) też lepiej nie wspominać. Można tak bez końca.

  3. Tamten swiat byl po prostu inny. Centralne sterpowanie w urbanistyce oznaczalo, ze stosowano tzw. wskazniki. Na tylu mieszkancow – poczta, na tylu -pralnia chemiczna, na tylu – szkola, wraz z promieniem dojscia, itd. Plus skwer albo park w wiekszych osiedlach.

    Szarość i powtarzalność – owszem, to byly duze slabości. Do dziś wkurza mnie, gdy mijam bloki, jedne z tysiecy identycznych, rozstawonych w calej Polsce, w poprzek krajobrazu, historii i tradycji. Tyle, ze dzisiejsze bloki, czesto wciskane między te PRL-owskie ,niespecjalnie sa lepsze od tamtych, a ich jedyna racja bytu jest zarobek dla inwestora. Nie ma racji spoleczno-politycznej, nikt nie mysli o tym by kazdy mial gdzie mieszkac i ze mu sie „należy”. W rezultacie – nowe czesto draznia nie mniej, niz stare, swoja nachalnoscia wcisniecia sie miedzy stare, nachalnie kontrastowa, czesto marna architektura i detalem. Poza tym, co prawda bardziej kolorowo, ale sa i mody, o watpliwej estetyce. Od kilku lat rzadzi np. „czekolada” – plyty okladzinowe scian udajace tafelki czekolady. Zadnego uzasadnienia w budynku, otoczeniu, kontekscie; ot po prostu ma rzadzic ta nieszczesna czekolada, no to i rzadzi.

    Dawna ciasnota? to względne. Po pierwsze, należy ja porownac do warunkow przedwojennych i tuż powojennych, po drugie, wystarczy zmienic aranzacje wnetrza, zamieniajac dawne M-5, na dzisiejsze „M-2”, z wynikiem nieraz znacznie lepszym.

    Grodzenie uwazam za jak najfatalniejsze, bez znaku zapytania.

    W czym jeszcze moze byc PRL-owskie osiedle lepsze? W relacjach spolecznych. Do dzis te spolecznosci sa kompletniejsze, pelniejsze, majace wiecej zycia. A przez to – paradoksalnie – bardziej kolorowe. Nowe bloki – to zwykle co 2, co 3-cie mieszkanie puste albo zamieszkiwane czasowo. A jak nie puste, to zamieszkale przez kompletnie anonimowe osoby. W sumie, czesto nie zawiazuja sie relacje miedzy ludzmi, a stosunki sa regulowane interesami w ramach wspolnot mieszkaniowych.

    Miasta sa atrakcyjne roznorodoscia zycia, nie nowoczesnoscia ani wybitnosci architektury. To jest wtorne. A w tym nowe wypada zwykle znacznie slabiej. I po czesci pewnie – z definicji – tak juz bedzie.

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. Weźmy jednak pod uwagę postep techniczny i technologiczny jaki się od tamtego czasu dokonał. Zresztą. Po trzydziestu – czterdziestu latach użytkowania wszystko trzeba wymienić. Dzisiejsze okna za porównywalny czas też będą do wymiany.
    Co do rozkładów – w nowych mieszkaniach też są klitki, i to często jeszcze mniej sensowne niż w starych. Nie każdy ma stutrzydziestometroy apartement – większość mieszka w mieszkaniach dwu i trzypokojowych (nawet jakieś badania w tej sprawie były dziś opublikowane w internecie). A aneks kuchenny w ciemnym kącie pokoju to niby coś lepszego od ślepej kuchni?
    Niewątpliwie obecne są lepiej wyciszone. I wyższe – co bardzo dużo daje.

  6. Zgoda, sam o tym piszę. Ale planowanie osiedli? Nie zgodzi się Pan, że było lepsze?

  7. Zgadzam się w kwestii relacji międzyludzkich. Dziś zamiast rozglądać się uważnie, zdajemy się na ochroniarza, zamiast spotykać z innymi sąsiadami w sklepie lub na przystanku, zakupy robimy w hipermarkecie, a do samochodu wsiadamy w garażu. Do tego ten pośpiech i powszechna nieufność…. Jak się ktoś uśmiechnie, to trzeba uważać, bo albo wariat, albo czegoś chce. Rzadko komu przyjdzie do głowy, że się uśmiecha, bo lubi ludzi.

  8. Moze nie wyrazilem sie jednoznacznie, chcac pewne rzeczy ujac w skrocie. Wskazniki urbanistyczne narzucaly w miare sensowne zasady obowiazujace w calym kraju. Byly tez rozne rodzaje osiedli – komunalne, czasem zakladowe, spoldzielcze. Te ostatnie prawdopodobnie byly najlepsze, zwlaszcza jesli byli to autentyczni spoldzielcy, kontunuujacy i rozwijajacy najlepsze tradycje przedwojenne w spoldzielczosci, planowaniu i wspolpracy spolecznej. Te osiedla sa ciagle niedoscignione dla dzisiejszych – i jak napisalem – chyba to sie nie zmieni, poniewaz fundamentalne zasady sa rozne.

    Pod koniec lat 50-tych i w latach 60-tych sporo takich osiedli mialo nie tylko dobrze zaplanowana calosc, ale i ciekawe budynki, o czystym, prostym, proporcjonalnym rysunku i detalu, duze okna, jasne klatki schodowe. Sposrod detali, cenne sa np wiaty wejsciowe, daszki, balkony lub loggie, gzymsy nadajace rytm poziomy i „ustawiajace” budynek na podlozu, attyki itp. Bywalo, ze kolorystyka,mimo ograniczonej palety barw dostepnej na rynku byla ciekawa. Poza tym niezle zrobione bywaly elementy malej architektury: murki, barierki (nawet „dizajnerskie”), misy kwiatowe, fontanny (sic!), boiska , ciekawie wytrasowane sciezki (zadne tam „po prostej od punktu A do punktu B”) itd. Zdarzylo mi sie mieszkac przy swietnie zrobionym i utrzymanym, oraz uzywanym (!) ceglanym boisku do tenisa, z czasow „mlodego Gomulki”. Godnym Fibaka. Bylo w okolicy tez cos, co mozna by wziac za zapowiedz dzisiejszych sciezek rowerowych.

    Dzisiaj, niestety, czesto obserwuje sie swoiscie wzorowe barbarzynstwo – przy okazji remontow, docieplen, chowa sie te detale pod styropianem, skuwa, albo wycina te daszki, okapy, „dizajnerskie” balustrady balkonow wymienia na „praktyczne” , z hipermarketu budowlanego… A kolory elewacji i jej wzory nazbyt czesto przypominaja wyrzut produktu przemiany materii architekta.
    To zbrodnia, a nawet gorzej – glupota.
    A wszystko ( w zasadzie) zaprojetowane i zatwierdzone przez ludzi „z pieczatkami”.
    I to jest dobre pytanie – co sie z wladcami pieczatek porobilo?

  9. @ hosewife
    Nie bardzo rozumiem – co daje , ze domy sa wyzsze?
    Nb. „za Gierka” standardem byla wielka plyta i rozmar 10+1 kondygnacje, albo tzw. „punktowce” rozmiaru j.w.

  10. Mieszkam na takim niewielkim osiedlu z wielkiej płyty (przełom lat 70-80)>mieszkanie standard – 3 pokoje, 63 m 2, jasna kuchnia, łazienka i wc . Nie ma się czym zachwycać, ani na co wybrzydzać. Bloki są dobrze zarządzane, przez te 30 lat wymieniono okna, windy, docieplono mury zewnętrzne, wymieniono wszystkie piony wodne i kanalizacyjne. Natomiast przestrzeń osiedla jest zaplanowana mądrze i hojnie nią gospodarzono. Każdy rząd bloków oddziela teren parkowy od następnego rzędu. Przez lata posadzone krzewy i drzewa rozrosły się i dzisiaj to spore obszary zieleni dobrze rozplanowanej – z alejkami , ławkami i placami zabaw. Linia tramwajowa przeprowadzona jest też w terenie parkowym (6 ha). Osiedle ma tylko jeden wjazd – wyjazd – nie ma ruchu przelotowego. I nie jest zupełnie monotonne – od zachodu osłonięte długim, 10 piętrowym blokiem „deską”, wygiętą w kształt bumerangu – osłania od wiatru, potem 4 rzędy bloków 4-piętrowych, na skrzydłach szkoła, boisko, pawilon handlowy, od południa osiedle zamykają 3 punktowce, 16-tki. Po prawej za drzewami tramwaj, po lewej jeden z lasków komunalnych. Ludzie, którzy to projektowali, potrafili w istniejących warunkach myśleć miastotwórczo. To jest miasto w miniaturze – brakuje tylko cmentarza, bo szpital blisko – 1,5 km.

  11. W blokach była też ” mała infrastruktura” – piwnica, pomieszczenie na wózki lub rowery, suszarnia.

  12. Tanaka,
    Chyba się źle wyraziłam – chodziło mi o wysokośc mieszkań. W blokach z lat 70/80 wysokosc mieszkania to około 2.45, obecnie 2.70. Te 25 cm robi różnicę, mieszkanie jest o wiele bardziej przestrznne.

  13. Szanowny Panie,

    na wstępie pragnę podziękować za to, że w końcu jest dział poświęcony architekturze. Zawsze czekam na pańskie artykuły i felietony.

    A teraz ad rem. Chciałbym zwrócić uwagę na pewną rzecz. A mianowicie rozplanowanie mieszkania. Obecnie mieszkania są ustawione tak, że często przechodzi się do kuchni przez salon. Mieszkania w prl mimo wszystkich wad były poprawnie rozplanowane. Nie wybitnie ale poprawnie. Obecne rozwiązania są dalekie od ideału. Mieszkanie musi być funkcjonalne. Stąd jestem wrogiem tzw. aneksów kuchennych i złego rozplanowania.

  14. @Jaruta
    Lecha, Czecha czy Rusa? Raczej Rusa? A moze Tysiaclecia?

  15. Kawy – Tysiąclecia, a wysokość mieszkania 2,75. Na Winogradach były niższe.

  16. Może by Pan tak wybrał się do Nowej Huty. Do miasta socjalistycznego. To jest pewien wzorzec dla tamtych czasów, naszych czasów. I broń Boże nie ma się czego wstydzić, co większość łącznie z Panem usiłuje teraz demonstrować. Przynajmniej ludzie nie zaglądali sobie do okien, mieli przestrzeń i zielono. Była inna technologia a ludzie gwałtownie poszukiwali mieszkań. I Ludzie mieszkania dostawali, praktycznie za darmo. Teraz za 10000 zł za metr kw. z kredytem do śmierci.

  17. Trudno budownictwo mieszkaniowe PRL wrzucić do jednego worka. Inaczej wyglądało to w czasach socrealizmu inaczej w czasach Gierka. Różna była forma jak i jakość tego budownictwa. Jedno jest pewne pod względem planowania przestrzennego osiedli mieszkaniowych PRL daleko wyprzedzia III RP. Trudno znaleźć dzisiaj konkurenta dla warszawskich Sadów Żoliborskich – Haliny Skibniewskiej, lubelskich osiedli Mickiewicza – Feliksa Haczewskiego i Słowackiego – Oskara Hansena. Myślę, że twierdzenie, że dzisiejsza projektowanie urbanistyczne w Polsce jest na poziomie epoki kamienia łupanego nie jest zbytnio przesadzone.

  18. @ Byniek
    byly tez pralnie. NIby dzis niepotrzebne – a jednak ciagle pozyteczne. Idealnie nadaja sie na wstawienie tam pralek. Zamiast zagracac mieszkanie – moglyby stac w pralni. Moja stoi. Polecam tym, ktorzy maja taki przybytek w budynku.

  19. Ja również w paru słowach postanowiłem odnieść się do niniejszej kwestii. Od 8 lat mieszkam na Muranowie, jednym z najstarszych osiedli powojennej Warszawy (pocz. lat 50). Nie raz zastanawiało mnie, jak ci od czci i wiary odsądzani budowniczy Polski socjalistycznej, zaprojektowali i wybudowali niemal wzorcowe osiedle mieszkaniowe z bardzo przyjazną i funkcjonalną przestrzenią miejską. Ale po kolei (na podstawie tylko własnych obserwacji).
    Najpierw to co jest fajne:
    – większość budynków niewysoka max 4 piętra (tylko kilka budynków przy głównych trasach Al. Solidarnośći i Jana Pawła ok. 6 – 7 piętrowych);
    – mieszkanka niezaduże (moje np. 48 m), ale przytulne, ustawne i miłe, z szerokimi oknami. Bloki budowane z cegły (przypuszczam że wyciągnięte z ruin Warszawy), a więc ciepłe i wytłumiające hałasy.
    – układ bloków tworzy często coś na kształt wewnętrznych podwórek, ale dostępnych niemal z każdej strony. Tworzy się pewna zamknięta (ale tak naprawdę otwarta – cóż za paradoks!) przestrzeń między blokami, którą łatwo oswoić i sprawia wrażenie bezpieczeństwa, w przeciwieństwie do przelotowych i otwartych ciągów komunikacyjnych na wielu późniejszych osiedlach. Na takim podwórku znajduje się wewnętrzna uliczka, śmietnik, plac zabaw dla dzieci, piaskownica, itd. no parking też oczywiście. Nie do pomyślenia na nowoczesnych osiedlach. Oczywiście nie muszę wspominać, że tak ukształtowana przestrzeń, sprzyja nawiązywaniu kontaktów międzyludzkich.
    – ciekawa architektura socrealistyczna (tak, tak ciekawa) – attyki, zwieńczenia, gdzieniegdzie płaskorzeźby, daszki, okapy, kolumny, balustrady, balkoniki, no jest tego mnóstwo, cieszy oko, zamiast monotonnej ściany wielkopłytowych i współczesnych „apartamentowców” dużo ciekawych detali architektonicznych a na dachach czteropiętrowych punktowców – przeszklone piramidy (sam nie wiem do czego służą);
    – genialne rozwiązanie (nie we wszystkich blokach) w postaci bardzo długich zewnętrznych galeryjek prowadzących do mieszkań. Sam posiadam „balkon” o długości ok. 150 m (słownie: stu pięćdziesięciu metrów) (!). Spełniają ogromną rolę społeczną. Mieszkańcy się na nich mijają, rozmawiają, zapoznają, spędzają trochę wolnego czasu, przesiadują (głównie starsi) dzieci często jeżdżą na rolkach, nawet na rowerach, nie wszyscy to lubią, zgadzam się, ale daleko od klimatu nowoczesnego budownictwa, gdzie wszyscy pochowali się za tymi grodzeniami, domofonami, kodami dostępu i in. badziewiem. Tutaj tego nie ma. Ludzie po prostu się znają, wytwarza się pewna mikrospołeczność, która po prostu sobie pomaga i ufa.
    – ciekawa przestrzeń między blokami. Dużo małej architektury, różne murki, bramki, podejścia, schodki, ławeczki, sam często się zastanawiam, chodząc po Muranowie, po co oni to budowali, bo wiele z tych rzeczy tak naprawdę niczemu nie służy, oprócz tego że ładnie wygląda i urozmaica tą przestrzeń, przez co staje się ciekawsza i przyjaźniejsza. No bo po co komu np. murowane bramy z łukami przy wejściach na osiedla? A jednak komuś się chciało i chwała mu za to!
    – dużo zieleni między blokami. I na tym mógłbym poprzestać, ale trochę rozwinę. Drzewa, żywopłoty, aleje (jedna jest nawet pomnikiem przyrody – przy ul. Dzielnej) niektóre podwórka przypominają prawdziwe ogrody – kwiaty, rabatki, widać że ktoś o to dba, kolejny element cieszący oko. Muranów widziany z lotu ptaka jest bardzo zielony (mamy też bardzo dużo kotów podwórkowcy – myszy i szczury na Muranowie nie występują).
    – kolejna bardzo ważna cecha wynika z położenia Muranowa w Warszawie. Otóż jest to osiedle w centrum Warszawy. A to znaczy że pod nosem mamy kina, teatry, galerie handlowe (czy je lubimy czy nie), całą fantastyczną infrastrukturę miejską: tramwaje, autobusy, metro, sklepy spożywcze, sporo różnego rodzaju barów i knajpeczek (owszem, są też czołowe sieciowe fast foody), sklepy, apteki itd. itp. Mieszkam blisko jednego z najbardziej wielkomiejskich skrzyżowań Warszawy Al. Solidarności/Jana Pawła i uwierzcie mi, naprawdę jestem rozpieszczony tym miejscem. Po prostu czuję że mieszkam w mieście! A potem jadę do znajomych na głęboką Białołękę albo do Miasteczka Wilanów i mi ich żal. Różnic chyba nie muszę tłumaczyć. I ja i oni mieszkamy w Warszawie, ale jakby w zupełnie różnych światach. Nawet do sklepu spożywczego muszą czasami samochodem jechać. I jeszcze jedno: w promieniu 200 m od bloku mam 2 przedszkola i szkołę. Nic, tylko dzieci rodzić 🙂 A w promieniu 500 mam chyba wszystko, co miasto może mi zaoferować. Czy na nowych osiedlach macie ten komfort?
    – kolejna rzecz która stoi niejako w opozycji do poprzedniej to – cisza!!! Z wyjątkiem dwóch głównych arterii przecinających dzielnicę (a więc Al. Solidarności i Jana Pawła), Muranów jest bardzo cichy i spokojny, w lecie mogę otworzyć okno i słyszę ptaki, uliczki wąskie, wymuszające powolny ruch, a przecież przypominam mieszkam w centrum Warszawy.
    A teraz parę rzeczy mniej fajnych, żeby nie było tak różowo:
    – dzielnica niestety ogólne trochę zaniedbana, bloki brudne (z małymi wyjątkami), chodniki w wielu miejscach pamiętają jeszcze głęboki PRL z szarą i nierówną płytą chodnikową, mała architektura często zdewastowana (ale nie aż tak bardzo – nadal spełnia swoją rolę). Ozdobniki architektoniczne często w opłakanym stanie.
    – Muranów mam wrażenie, jest taki trochę zapyziały, mieszka tu bardzo dużo osób starszych, emerytów, niezamożnych mówiąc najprościej (nie wyłączając mnie :-), ale żaden margines, broń Boże, spokojniutko tutaj mamy bardzo.
    – wspomniana wcześniej zieleń też jest miejscami zaniedbana, żywopłoty rachityczne, trawniki wydeptane, a drzew to mam wrażenie więcej się wycina niż dosadza.
    – no i ostatnia rzecz, niejako oczywista, czyli brak miejsc parkingowych. Samochody w wielu miejscach są powciskane wszędzie gdzie się da, że trudno czasem przejść, no ale tak jest wszędzie chyba i nie jest to bolączka akurat tylko Muranowa. Chociaż w porównaniu do innych osiedli, nie jest tak źle, a to z tego powodu, że w wiele miejsc samochodem nie da się wjechać (obecność małej architektury). No ale cóż, władza ludowa kiedy budowała to osiedle, zakładała, że w Polsce samochód raczej ludziom nie będzie potrzebny i o parkingach nie myślała, zresztą i dobrze, dzięki temu mamy trochę przestrzeni dla ludzi.

    Reasumując:
    Nieco zaniedbane, ale bardzo fajne i przyjazne miejsce do życia. Nie mogę wyjść z podziwu, jak w tych trudnych powojennych latach, ktoś zaprojektował osiedle w którym po prostu dobrze się żyje. Może nie jakoś super wygodnie, bo małe mankamenty są, ale jak porównuję do tych nowoczesnych apartamentowych pustyń betonowych, bez żadnej infrastruktury miejskiej, to ja naprawdę nie chcę się zamienić. Zgadzam się, socjalizm, czy tam komunizm, jak zwał tak zwał, nie był dobrym systemem, wypaczył rzeczywistość na wiele lat i zepsuł trochę ten kraj, ale taki Muranów stawiał i projektował ktoś, kto nie kierował się zasadą zysku i dzięki temu dalej się tu fajnie mieszka. Jednym się może podobać, innym nie, ale powtarzam: jest w tych starych osiedlach coś, czego na próżno szukać w tych nowych. I trochę to się wymyka definicji. Ujmę to tak: po Muranowie mogę spacerować godzinami, z nowych osiedli mam ochotę jak najszybciej uciekać. I nie do końca mogę wytłumaczyć dlaczego. To tyle. Dziękuję za uwagę.

    I jeszcze parę słów do p. redaktora:
    Panie Redaktorze!
    Robi Pan świetną robotę. Tak trzymać!!! Czytam Pana blog konsekwentnie od początku, ale tym wątkiem już mnie Pan zmobilizował, żeby się odezwać. Gadaniem i pisaniem pewnie świata nie zmienimy, ale cieszę się, że są ludzie którzy widzą, jak bardzo sami sobie tą przestrzeń wokół nas zaśmiecamy i degradujemy i nawiązując do tytułu Pan książki, też chce mi się wrzeszczeć. Czyta pewnie Pana blog jakaś większa, czy mniejsza grupa osób. A może dałoby się czytelników Pana bloga przekuć w jakąś społeczną inicjatywę? Nie oddawajmy naszych miast i naszej przestrzeni we wszechwładne władanie niekompetentnych urzędników, deweloperów i korporacji. W końcu kiedyś trzeba tupnąć nogą…

    Z poważaniem
    Wierny czytelnik
    Waldeck

  20. Domy/osiedla wczesnego PRL-u byly projektowane przez wyksztalconych PRZED wojną architektów. Tandety nie odstawiano i projektowano również teren wokól budynków. Przykladem (!) Nowa Huta i inne osiedla/domy tego okresu. Jeżeli chodzi o budowictwo jednorodzinne to nakladem Ministerstwa Gospodarki Komunalnej i Biura Projektów Budownictwa Komunalnego wydano w 1961 np. projekt „Domek Typowy Blizniaczy TYP-0238”. Kompletna dokumentacja budowlana ze wszystkimi rysunkami potrzebnymi do samodzielnej budowy pozwolila znajomemu z pomoca 1 murarza postawić dom mogący być wzorem dla dzisiejszych rozwiązań. W typie nie odróżnial się od modernistycznych projektów 20-lecia. Nie jest to bynajmniej powodem do odczuwania nostalgii za PRL-em. W PRL-u zniszczono dobrze prosperujące firmy budowlane i materialów budowlanych które swoimi reklamami na ostatnich stronach gazet pism takich jak np. „ARKADY” publikowaly swoje towary/uslugi. Wlaśnie „POLITYKA” opisując przed laty budowę gmachu KC (obecnie Gieldy) opisala solidną robotę przedwojennych fachowców których potem wykończono domiarami i celowym bojkotem (np. firm sztukatorskich). PRL byl ojczyzną fuszery i tandety – nie chce mi się do tego wracać. Przykladem prace na starówce przed dożynkami w Zamościu…. Wielka plyta odslonila to w calej swojej krasie na swój sposób – hitem mieszkania gdzie toaleta byla oddzielona od lazienki….

  21. Wdzięczny jestem za miłe słowa i za tak obszerny, ciekawy osobisty wpis (esej niemalże). A propos propozycji… Cóż, gdybym był młodszy i gdybym miał więcej organizacyjnych zdolności, to kto wie. Ale proszę zwrócić uwagę, że w niemal każdym większym mieście działają już fajne organizacje pozarządowe (fundacje, stowarzyszenia) próbujące w praktyce walczyć o to, o co ja walczę słowem. Niektóre wyspecjalizowane (bojownicy o ścieżki rowerowe czy adwokaci spraw zieleni), a niektóre – nazwijmy je – interdyscyplinarne. Problem w tym, że ich integracja i przybliżanie społeczeństwu (także za sprawą mediów) idzie bardzo opornie. Mówiąć dosadnie, pies z kulawą nogą (nie mówiąc o dziennikarzach) nie interesuje się tym, co robią.

  22. Dziennikarze się nie isteresują ? Hm, ludzie, ludzie się nie interesują.

  23. Ludzie to się interesują tym, czym interesują się media. Takie czasy…

  24. Nie rozumiem tej nostalgii za peerelowskim budownictwem, zwłaszcza w wydaniu blokowym za późnego Gomułki i Gierka.
    Nota bene nie udało mi się doczekać własnego M-ileś. Udało mi się tylko „wżenić” w przedwojenną połowkę bliźniaka, zmasakrowaną przez dzikich lokatorów. którą remontowaliśmy od podstaw za kasę z „saksów”.
    Ktoś tu zachwalał Sady Żoliborskie. Miał chyba na myśli „niskie” Sady. Ja mieszkałam nieopodal na tzw. wysokich. Ohyda! Kawalerka, która wynajmowaliśmy z mężem, liczyła 17 czy 19 m kw. Mój facet (1,90m wzrostu) prawie walił głowa w sufit.
    Po latach odwiedziłam znajomą na tych „dobrych” Sadach i uświadomiłam sobie, że tam przeciez też były klity, tyle ze nie z wielkiej buro-szarej płyty.
    A z infrastruktura osiedlowa też różnie bywało. Wystarczy obejrzeć serial „Alternatywy 4” z „wczesnego” Ursynowa. Jak się brnęło w błocie po osiedlu domów o krzywych ścianach, niedomykających się oknach i wiecznie zepsutych windach, a do jakiegokolwiek sklepu – daleko.
    Owszem, były ciekawe realizacje architektoniczne (pozostanę przy Warszawie), jak słynny Supersam, czy Kino „Moskwa” (niesłusznie rozebrane!) dom z pierwszymi domofonami – nadal stoi – który „grał” w kultowej „Wojnie domowej”. Ale to były kwiatki na kozuchu.
    Teraz powstaje dużo całkiem ładnych i funcjonalnych miniosiedli, niekoniecznie strzeżonych apartamentowców, dobrze wkomponowanych w zieleń, gdzie nikt nikomu w okna nie zagląda, nie wali łbem w sufit, a w poblizu (często na parterze budynku) ma sklepy i punkty usługowe. Znam takie w mojej okolicy, np. przy ul. Zajączka, czy w rejonie Kepy Potockiej.
    Metraż jest „ruchomy”. Można sobie zaprojektować rozkład wnętrza (np. nie mieć aneksu kuchennego otwartego na salon).

  25. Pragnę tylko nieśmiało zauważyć, że lokalizacje, o których mowa, to mini-osiedla o cenie za metr kw. zdecydowanie odbiegającej (w górę) od średniej, nawet tej stołecznej. ZAtem inwestorzy mogą tam sobie pozwolić na odrobinę szaleństwa i oddechu.

  26. Piotr Szarzyński
    Rozumiem, że do mnie pan „pije”.
    OK. Ale jest jakiś WYBÓR dla tych z mniejszą kasą lub większą. Możliwy jest też kredyt. Wiem, ze można się na nim „przejechać”, ale ja prawie 40 lat temu nie miałam ŻADNEGO wyboru.
    Nie dostałam nawet najmnieszej, najnędzniejszej klity gierkowskiej mimo pełnego wkładu na książce mieszkaniowej zarejestrowanej w 1975, za pieniądze zarobione nota bene poza Polską, bo w kraju – jako bardzo młody wówczas człowiek – tyle nie zdążyłabym „odłożyć”, a kredytów nie dawali. Ówczesne „bonusy” tez mi się nie należały, bo nie byłam ani członkiem ZMS, ani PZPR.
    Pan jest młody i nie musi miec pojęcia o tym, jak „zdobywało” się byle jakie M-ileś w PRL.
    Prosze jednak nie uprawiać swoistej demagogii i roczulac się nad budownictwem peerelowskim.
    Nie wiem, czemu nie podjął pan polemiki akurat z tym, co uznałam za sukcesy polskiej powojennej architektury lub mnie za to nie pochwalił. Pewnie dlatego, że nie pasowało panu do tezy.
    Wolę dzisiejsze „rozpasanie”, nawet architektury nie najwyższego lotu i za ktore trzeba zapłacić mniej lub więcej, niz zgrzebne bure kloce z „szufladami” na ludzi , które wtedy były dla wielu niedościgłym marzeniem.

  27. Wartość urbanistyki PRL-u i obecnej można zweryfikować. Miernikiem jest kompletność.
    Większość dzisiejszych mini-osiedli korzysta z urbanistyki minionej. szkoła, poczta, sklep, przedszkole, drogi, zieleń, staw, boiska.
    Osiedla powstające jako zupełnie niezależne, niemal z reguły pozbawione są większości tych składowych.
    Prawie normą staje się pasożytowanie nowego na starym. Wycina się zieleń, dogęszcza zabudowę,likwiduje małą architekturę. Pojawiają się konflikty, rośnie obcość, bo mieszańcy dawniejszych osiedli dla tych z nowych to często „złogi PRL-u”. Płoty, kamery, strażnicy są zarówno cechą tego podziału jak i czynnikiem podsycającym jego intensywność.

    Krytyka psujących się wind, czy krzywych ścian jest w sposób oczywisty trafna, jednak mam wrażenie, ze zarówno z dzisiejszej jak i ówczesnej perspektywy także mocno względna. To co budowano choćby w latach 1960-tych było lepsze, niż to przed wojną, choć jakość pracy murarzy za II RP była wyższa. Dzisiaj z kolei psujące się windy dawno zostały wymienione. Z krzywymi ścianami gorzej, ale tu w sukurs przychodzi rozgęszczenie, a z nim możliwości zaaranżowania mieszkań dla wyższych wymagań mniejszej ilości mieszkańców.
    Dziś znowu murarze lepiej murują, choć pojęcie murowania staje się umowne. Coraz więcej budynków to monolity żelbetowe, a reszta to bardziej klejenie i skręcanie, a nie murowanie.
    Wystarczy popatrzeć na nowe budynki, stojące wśród tych przedwojennych kamienic, w których architekt stara się nawiązać do sąsiedniej zabudowy. Jakość projektu i jakość wykonania, dbałość o szczegół, proporcje, wykończenie, jest dziś zwykle żałośnie słaba; wychwytuje to oko nawet zupełnie nie ćwiczone w estetyce.

  28. Troche pozno – ale moze jeszcze ktos przeczyta 🙂
    Ja wychowalem sie jeszcze za Bieruta. Mieszkalem na Saskiej Kepie, ktora wtedy byla zwykla dzielnica, czescia Pragi Poludnie, w prawobrzeznej Warszawie (tu lekkie wzruszenie ramionami u tych, ktorzy mieszkali po lewej stronie Wisly 😉
    W promieniu stu metrow od domu byly cztery ! sklepiki. Do moich obowiazkow domowych nalezal wypad kazdego ranka po buleczki i mleko.W promieniu trzystu – czterystu metrow od domu byly wszystkie sklepy ktore czlowiekowi byly potrzebne do zycia, lekarze, dentysci, fryzjerzy itd. Jak odwalilem szkolna prace domowa, padalo sakramentalne pytanie “moge na ulice?”. Wszyscy bawili sie na ulicy. Nie bylo nawet telewizji – wsrod moich znajomych byl jeden szczesliwy posiadacz Wisly, czy czegos takiego. Moi rodzice znali rodzicow wszystkich moich kolegow, pozniej kolezanek 😀 , bo wszyscy mieszkali kolo siebie.
    Caly, nieco przydlugi wstep, ma zobrazowac owczesny styl zycia i bycia. Wszyscy, wyzej wspomniani z lezka w oku, wielcy przedwojenni architekci, tylko taki styl zycia znali i stosownie do niego projektowali swoje osiedla. Powstale w latach szescdziesiatych Osiedle Mlodych na ktorym mieszkale, mialo podobna strukture.
    A dzisiaj? Moja wnuczka dojezdza do szkoly, jak wszystkie inne dzieciaki. Po szkole ma tysiac dodatkowych zajec – jak wszystkie inne dzieciaki. Pozniej musi troche po “fejsowac” – jak wszystkie inne dzieciaki. Podworko, ulica? Stracilo dla niej racje bytu. Zakupy? Robi sie raz na tydzien w ktoryms z supermarketow. Inne rzeczy (ubrania) tak samo. Osiedle w postaci, o ktorej pisza PT blogowicze, po prostu stracilo racje bytu. Nie twierdze tu, ze to dobrze – tylko, ze tak jest.
    Mieszkania i ich projekty. W dwupokojowym mieszkaniu w ktorym sie wychowalem, a pozniej w podobnym w ktorym mieszkalem, wszystkie pokoje byly wielofunkcyjne – sypialnia, jadalnia, bawialnia, gabinet do pracy. Komu, z tu czytajacych, zdarzylo sie ostatnio przyjmowac gosci w swojej sypialni? Dla nas, niemal jedynych niepalacych, wizyty byly zmora. Nasi goscie przyzwyczili sie, ze w ktoryms momencie otwieralismy po prostu okna – zima czy latem.
    A to o czym pisze housewife – kuchnia przy jadalni? Poniewaz jestem househusbandem – duzo udzielam sie w kuchni – dla mnie kuchnio-jadalnia ma te zalete, ze nie trace gosci z widoku, nawet kiedy smaze kaszanke. Z reszta gotowanie stalo sie w tej chwili nobliwym i nobilitujacym zajeciem, a nie uciazliwa zmora, nalezaca do gosposi.

Dodaj komentarz

Pola oznaczone gwiazdką * są wymagane.

*

 
css.php